czwartek, 22 lutego 2018

Pan Mikołaj zranił, diabeł dzieła dokończył


Ciekawy epizod z polsko-litewskiej wyprawy na Wielkie Łuki w 1580 roku. Dotyczy podjazdu dowodzonego przez Andrzeja Zborowskiego, który starł się z jazdą moskiewską (w tym Tatarami). Szarża polskiej jazdy zaczęła się od mocnego uderzenia, prawie jako ptacy przeleciawszy, kopjiami w nie uderzyli. Polacy mieli tylko stracić kilka postrzelonych (tak z łuków jak i broni palnej) koni, zostało też rannych kilku towarzyszy. Wśród nich nieszkodliwie postrzelono bohatera naszej powiastki, Mikołaja Jazłowieckiego. Jazdę moskiewską złamano po krótkiej walce, pościg w wyniku którego wzięto do niewoli wielu przeciwników miał trwać cztery godziny.

Wspomniany pan Mikołaj miał w trakcie potyczki walczyć z Tatarzynem mężem wielkim. Gdy polski towarzysz zaatakował go, obrócił się pohaniec, ściął się z nim, uderzył go w rękę szablą, ręka mu ścierpła aż szablę upuścił, wszakoż zrazu dobył multana, natarł nań koniem, uderzył tak, że się koń z nim przewrócił. Pozbywszy konia pohaniec, znowu się do Jazłowieckiego rzucił, który mu w łeb dał pałaszem, on też na nim pancerz przeciął. Co bacząc, Stadnicki Stanisław, rotmistrz z domu Śrzeniawa bez krzyża[1], dokonał onego Tatarzyna.

To ciekawy przykład używana w toku starcia różnego uzbrojenia. Co jest jednak dla mnie konfudujące (bo też żaden spec od uzbrojenia ze mnie…) to opis broni właśnie. Jazłowiecki miał bowiem stracić szablę, potem dobyć multana, który tu wydaje się być innym określeniem na pałasz. Do tej pory wydawało mi się, że multanem nazywano szable pochodzenia mołdawskiego – dziwne byłoby bowiem, gdyby nasz bohater miał dwie różne szable i do tego jeszcze pałasz. Chyba że ktoś ma inny pomysł? Zapraszam w takim razie do komentowania.

A przepiękną wisienką na torcie jest to, że rannego Tatara dobił sam Diabeł Łańcucki…


[1] Szreniawa bez Krzyża.


wtorek, 20 lutego 2018

Spis armaty na zamku w Birżach w 1704 roku


We wrześniu 1704 roku wojska szwedzkie zdobyły zamek w Birżach. Zanim puszczono go z dymem i zniszczono fortyfikacje, wojacy Karola XII wywieźli co tylko się dało. Wśród łupów była i zamkowa artyleria. Myszkując właśnie w zbiorach online szwedzkiego Muzeum Armii, znalazłem spis zdobytych tam dział. Nader wyraźnym pismem opisano tam wszystkie inskrypcje ze zdobytych armat, w niektórych przypadkach mamy także rysunku herbów. Ciekawostka, może kogoś zainteresować.









niedziela, 18 lutego 2018

Historyk o(d)powiada... Karol Łopatecki



Dziś niedziela, pora więc na kolejną odsłonę z cyklu ‘wywiadów’. Dziś miło mi powitać w moim blogowym kącie dra hab. Karola Łopateckiego z Instytutu Historii i Nauk Politycznych Uniwersytetu w Białymstoku. Z biogramem mojego gościa można się zapoznać na wiki, warto także zajrzeć na stronę Uniwersytetu, gdzie wymienione są liczne publikacje p. doktora. Zapraszam do lektury:

W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Moja przygoda z historią rozpoczęła się raczej nietypowo. Zawsze bardziej interesowała mnie geografia, czy fizyka, historia to było zło konieczne. Jednakże w 1993 r., jeszcze w szkole podstawowej kupiłem 1 numer „Magii i Miecz”, gdzie opisany był zarys gier RPG wraz z zasadami systemu Kryształy Czasu. Oczywiście był to klasyczny heroic fantasy, jednakże już Warhammer FRP, ulokowany był silnie na podłożu związanym z Europą okresu renesansu. Zacząłem interesować się historią w sposób stricte użytkowy, na potrzeby przygotowywanych kampanii i prowadzonych rozgrywek. Pod koniec szkoły średniej czytanie prac historycznych stało się jednak nawykiem, a z czasem świat epoki nowożytnej oczarował mnie swoim bogactwem, dramatyzmem zdarzeń, gwałtownością przemian, o których można tylko pomarzyć w najlepszych nawet dziełach beletrystycznych.
Historii nigdy nie traktowałem w kategoriach kariery zawodowej, zdecydowałem się jednak na kontynuowanie zainteresowań. Wybrałem na Uniwersytecie w Białymstoku dwa kierunki studiów – prawo i historię. Ostatecznie splot różnych okoliczności doprowadził mnie do tego, że zacząłem zajmować się historią prawa.

Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Uwielbiam postać Krzysztofa Arciszewskiego. Uważam, że zasługuje na pięknie napisaną, a przy tym merytorycznie pogłębioną biografię. To niewątpliwie osoba bardzo zdolna, niezwykle inteligentna, która do wszystkiego doszła własną pracą, przy czym była więźniem własnych namiętności i słabości. Dobrze zapowiadającą się służbę u Krzysztofa Radziwiłła zakończyło zabójstwo. Czynu tego dopuścił się wobec prawnika, który „wykorzystał” rodzinę Arciszewskich. Wspaniałe sukcesy w Brazylii zakończyła fatalna współpraca i kłótnia z gubernatorem Mauritzem Johanem von Nassau-Siegen. Arciszewski był doskonałym inżynierem – testował stroje płetwonurków, które można było wykorzystać podczas działań wojennych, proponował zastosowanie rakiet, a nawet torped podczas walk morskich, uważnie obserwował przemiany zachodzące w działaniach oblężniczych i fortyfikacyjnych. To również doskonały kartograf, bardzo dobry artylerzysta i niezły budowniczy twierdz. Trzeba było mieć fantazję aby rozpocząć obleganie twierdzy Arraial Velho do Bom Jesus (w Brazylii) posiadając siły mniejsze niż jej obrońcy – a co więcej oblężenie to zakończyło sukcesem. W końcu to arianin, później ewangelik reformowany, a z naszej współczesnej perspektywy to właściwie deista, przy tym osoba niezwykle otwarta, zainteresowana obcymi kulturami i wierzeniami plemion indiańskich.
W historii kocham życie codzienne. Nie podniecają mnie wielkie wydarzenia, kluczowe sytuacje zmieniające losy świata, lecz zwykłe kłopoty i radości. Dlatego też pociągają mnie postacie, które nie wywodzą się z elit. Zamiast biografii lub książek o monarchach, magnatach, z utęsknieniem szukam dzieł dotyczących „zwykłych” przedstawicieli stanu szlacheckiego. Coś co przypomina znakomitą książkę Jana Seredyki „Księżniczka i chudopachołek: Zofia z Radziwiłł́ów Dorohostajska - Stanisław Tymiński”. Bardzo podoba mi się postać Jana Kunowskiego, który w swoim życiu był kondotierem, kartografem, poetą, żołnierzem, dyplomatą, sekretarzem królewskim, wielokrotnym dyrektorem ewangelicko-reformowanego synodu prowincjonalnego. Już same wymienienie zawodów i funkcji które pełnił oznacza osobę nietuzinkową. Ile jeszcze tak fascynujących postaci musiało istnieć, niestety brak źródeł nie pozwala nam o nich nic lub niewiele powiedzieć.
Natomiast z postaci żyjących poza Rzeczpospolitą, to ogromną sympatię odczuwam wobec Jensa Munka. Jest to jedna z najbardziej tragicznych postaci epoki nowożytnej. Żywot tego duńskiego oficera marynarki, jak w soczewce skupia losy wielkich odkrywców i ich załóg, heroiczne wyprawy morskie, ale i błahe przeciwności dnia codziennego, które miały potężne i straszne następstwa. Fenomenalnym źródłem jest diariusz jego podróży, w trakcie której starał znaleźć Przejście Północno-Zachodnie do Indii. Jest to jedyny znany mi przypadek z epoki nowożytnej, w której autor opisał swoją śmierć, a nawet w narracji przekroczył tę granicę ... Opis mój stanowi tabloidyzację rzeczywistości, jeżeli jednak ktoś przeczyta diariusz w pełni przyzna mi rację. Biografię Jensa Munka autorstwa Thorkilda Hansena polecam, została ona zresztą przetłumaczona na język polski przez Marię Bero, a następnie wydana drukiem w 1982 r. W moim osobistym rankingu książka ta jest jedna z najważniejszych prac historycznych jakie czytałem. 

Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Jak już wspomniałem uwielbiam w historii codzienność. Dlatego chętnie zobaczyłbym jeden zwykły dzień w obozie wojskowym, a jakbym mógł uczestniczyć w picowaniu dowodzonym przez jakiegoś poczciwego, religijnego towarzysza lub w sesji sądu wojskowego, to byłaby to pełnia szczęścia.

Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Bardzo ważne dla mnie są dwie książki dotyczące prawa wojskowego – „Disciplina militaris” w wojskach Rzeczypospolitej do połowy XVII wieku oraz Organizacja, prawo i dyscyplina w polskim i litewskim pospolitym ruszeniu (do połowy XVII wieku). Do pełni szczęści powinienem zrobić proces wojskowy oraz prawo rokoszowe i konfederackie, na razie jednak od kilku lat intensywnie pracuję nad zagadnieniem kartografii wojskowej na ziemiach Rzeczypospolitej, więc pewnie musi to poczekać do kolejnego dziesięciolecia. Jeżeli chodzi o krótkie formy (artykuły) to zadowolony jestem z aspektu ukazującego kobiety w wojsku epoki wczesnonowożytnej. W badaniach historycznych fascynujące jest to, że właściwie przez całe życie można rozwijać własny warsztat, gromadzić zasoby archiwalne, przede wszystkim doskonalić metodologię badawczą. Dlatego mam nadzieję, że nigdy nie będę w pełni zadowolony z tego co zrobiłem, co mnie osobiście motywuje do dalszej pracy.

W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Uwielbiam dyskusje nad zjawiskiem „rewolucji wojskowej”, nie tyle z uwagi na prawdę objawioną, które to zagadnienie przynosi, ile ogromny potencjał intelektualny i możliwości patrzenia na wojskowość w sposób zintegrowany – gospodarczo, demograficznie, a nawet kulturowo. Dlatego lubię badaczy odnoszących się (nie tylko pozytywnie) do tego zagadnienia począwszy od Michela Robertsa, poprzez Davida Parotta, Geoffreya Parkera, Johna Lynna i innych. Chciałbym wyróżnić również twórczość zmarłego w 2017 r. litewskiego badacza – Gediminasa Lesmaitisa. Jego pracę wyróżniają się niezwykłą wprost skrupulatnością i rzetelnością badawczą. Ze starszego pokolenia badaczy podziwiam twórczość Tadeusza Mariana Nowaka, Karola Buczka, Stanisława Kutrzeby. W obecnym pokoleniu historyków mamy szczęście do wielu wybitnych nowożytników. Ogromny wpływ na kształtowanie mojego warsztatu historyka wywarły osoby,  do których uczęszczałem na seminaria. Tu chciałbym wymienić profesorów: Adama Lityńskiego, Piotra Fiedorczyka oraz Ewę Dubas-Urwanowicz i Jerzego Urwanowicza. Powinienem odnotować jeszcze całą litanię osób, gdyż lubię współpracę zespołową, która objawia się stałymi spotkaniami, często wielogodzinnymi dyskusjami.

Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Jestem wielkim fanem tego typu inicjatyw, lubię szczególnie komiksy historyczne. Może nie są to dzieła na miarę Kentarō Miury, ale nie taka jest ich rola. Jest kilka blogów prowadzonych w Europie, które naprawdę trzymają bardzo wysoki poziom. Przede wszystkim gigantyczny potencjał widzę w rozwoju „Wikipedii”. Moim zdaniem na naszych oczach rodzi się zjawisko analogiczne do ruchu encyklopedystów z czasów oświecenia. Medium w pełni egalitarne; tworzony przez aktywnych użytkowników, zbiór wiedzy, coraz lepszej, weryfikowanej, to jest to czego potrzebuje ludzkość w dobie rewolucji informatycznej. Nie oznacza to, że nie widzę słabości wielu haseł, tu jednak postęp jest olbrzymi. Uważam, że doskonałym rozwiązaniem byłoby zamiast pisania prac licencjackich tworzenie, rozbudowa albo weryfikowanie stron/haseł na tej platformie przez studenta, a następnie ich umieszczanie w Internecie po uprzednim zweryfikowaniu przez promotora, który jednocześnie byłby administratorem tej strony. Proszę sobie wyobrazić ogromny rozwój w upowszechnieniu wiedzy, zamiast pisania po raz 1000 licencjatu „Państwo pierwszych Piastów w świetle Kroniki Galla Anonima” lub stworzenie dzieła równie oryginalnego co bezsensownego „Aleksander Wielki w podręcznikach szkolnych 1989-2000” (autentyk). Gdyby uczelnie przyjęły tę wizję, w pięć lat większość haseł byłaby wykonana na doskonałym poziomie. Mam kłopot ze zrozumieniem fenomenu polegającego na wykładanie przez Skarb Państwa i instytucje samorządowe ogromnych pieniędzy na naukę, a efekty tych badań nie są widoczne w Internecie. Znam przykłady dziesiątek książek, które zostały wydrukowane – ale nie mogą być sprzedawane, nie są też w żaden systemowy sposób dystrybuowane ani udostępnione na stronach internetowych. Jaki w tym sens? Ktoś wykonał nierzadko dobrą lecz nikomu nie potrzebą robotę. Tymczasem bloger lub vloger są przeciwieństwem tego zjawiska, za co należy im się chwała.

Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Najważniejsze w badaniach historycznych są stawiane hipotezy badawcze. Jeżeli siadamy do pisania i parafrazujemy przeczytane źródła to znaczy, że jest bardzo źle z naszym poziomem kompetencji naukowych. W pogoni za kolejnymi kwerendami, gromadzeniem różnego rodzaju źródeł historycznych zapomina się o najważniejszym – metodologii badawczej, celowi prowadzonych analiz. Papierem lakmusowym jest zakończenie w książce lub artykule – jeżeli po 30 stronach rozważań otrzymujemy 2-3 zdania podsumowania, w tym wyrażenie wytrych – „potrzebne są dalsze badania szczegółowe”, to jest to oczywiste nieporozumienie. Wiele osób ocenia książki po przypisach i bibliografii, ja zdecydowanie wolę dokonania jej wstępnej oceny po zakończeniu. Książka naukowa to nie kryminał, poznanie konkluzji na początku nie burzy przyszłej przyjemności czytania.
Sądzę, że historiografię polską czeka bolesne przejście (które już trwa) od historii odtwarzającej dzieje do analizy zjawisk, instytucji i problemów badawczych. Czyli to co w historiografii światowej nastąpiło już wiele lat temu. Po 1989 r. powoli otwierały się kolejne archiwa zagraniczne, które w okresie PRL-u były niedostępne, poza tym postępująca digitalizacja materiałów źródłowych, skłaniała badaczy to uzupełniania luk w badaniach historycznych. Tych jest jednak coraz mniej. Dlatego przyszli historycy muszą inaczej już spoglądać na przedmiot badań, odmiennie niż robiło to jeszcze moje pokolenie. A zatem zachęcam do czytania prac ukazujących nowe obszary badawcze – oprócz wspomnianych prac związanych z military revolution zachęcam do zapoznania się z koncepcjami np. state capacity, itp. Przyszłość wyznaczy pomysł badawczy, metodologia, to wszystko powinno być ulokowane dodatkowo w szerokiej komparatystyce. Niech zobrazowaniem tego będzie monografia Laurenta Vidala zatytułowana Mazagan, miasto które przepłynęło Atlantyk...

W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
spędzać czas ze swoją rodziną – żoną i dwójką wspaniałych córek, a jak w międzyczasie uda się przeczytać mangę, zagrać w RPG, planszówkę lub grę karcianą to też nie narzekam.


czwartek, 15 lutego 2018

Janczarzy przekupieni omletem



Dawno na blogu nie gościł Ogier Ghiselin de Busneq, pora to więc naprawić, tym bardziej że znalazłem przepiękną powiastkę. Dzisiejszy fragment dotyczy wyprawy do Adrianopola na przełomie 1577 i 1578 roku. Sułtan zażywał tam wywczasu, polując ze swoimi sokołami (swoją drogą opis jest przedni, wrzucę go przy innej okazji). Ogier otrzymał polecenie żeby dołączyć do sułtańskiego dworu. Przydano mu eskortę – kilku jezdnych, a także 16 janczarów, żeby mnie uhonorować albo żeby powstrzymać mnie przed ucieczką. Sułtańscy gwardziści okazali się jednak problemem, szybko zaczęli bowiem narzekać na zbyt szybkie tempo marszu.
Była to zima, musieli więc brnąć przez błotniste drogi, więc nasze długie marsze nie przypadły im do gustu; oznajmili, że kiedy wyruszają na wyprawę [wojenną] z sułtanem, nigdy nie maszerują [dziennie] więcej niż połowy dystansu [który obecnie przebywamy] i że już dłużej tego nie zniosą. Zatroskało mnie to, nie chciałem bowiem być dla nich surowy. Naradzałem się z moimi sługami co tu zrobić, kiedy jeden z nich zasugerował, że [janczarzy] bardzo byli łasi na rodzaj omletu, który mój kucharz przygotowywał z jajek i wina, z dużą ilością cukru i przypraw. „Być może – rzekł – jeżeliby ich tym karmić każdego ranka na śniadanie, zmniejszyłoby się ich narzekanie na zmęczenie i byliby bardziej spolegliwi”.
Jakkolwiek sugestia ta wydała mi się dziwna, postanowiłem ją wypróbować [w praktyce] – okazała się kompletnym sukcesem, omlet przypadł im bowiem go gustu, a wino którym obficie ich raczyłem tak poprawiło im nastroje, że [po posiłku] byli gotowi do drogi zanim jeszcze wydałem rozkaz i ochoczo stwierdzili, że gotowi są maszerować [nawet] do Budy, jeśli będę im tylko serwował takie przysmaki.
Jest to chyba pierwszy znany mi przypadek przekupstwa za pomocą omletu…


środa, 14 lutego 2018

Armia koronna w przededniu bitwy pod Gniewem



Adam Szelągowski w swojej pracy O ujście Wisły. Wielka wojna pruska[1] podaje ciekawą informację dotyczącą liczebności armii polskiej w bitwie pod Gniewem w 1626 roku. Pochodzi ona z relacyi z Polski z nawpół urzędowego źródła z d. 19 września 1626 roku, którą badacz znalazł w archiwum berlińskim. Liczby podane w tym źródle występują następująco:

Warto porównać je z ustaleniami Jerzego Teodorczyka dotyczącymi bitwy, oczywiście z odpowiednio ostrożnym podejściem do tego badacza.
1. Husaria – ilość i liczebność chorągwi pokrywa się z ustaleniami Teodorczyka, zawierając zarówno roty zaciężne (w tym litewskie), wojska powiatowe jak i prywatne.
2. Jazda kozacka i lisowczycy – łączna liczna chorągwi (w tym oddziałów lisowczyków, którzy oczywiście nie tworzyli pułków, tylko chorągwie właśnie) się zgadza (28), z powodu braku dokładnych danych Teodorczyk nie był w stanie ustalić łącznej liczebności oddziałów, stąd jego suma (3450 koni) jest niższa niż w podanym wyżej źródle
3. Dragoni oczywiście nie byli katafraktorami, taki zapis wskazywałby raczej na rajtarów, tych miały być jednak w początkowej fazie bitwy tylko dwie roty (łącznie 400 koni), już w trakcie walk dotarł regiment Abramowicza (400 koni). Co do dragonii – w bitwie na pewno walczył oddział Judyckiego (300-330 porcji), patrz kolejny punkt.
4. Piechota niemiecka – liczebność wydaje się zaniżona, pisałem o tym (a także o dragonach) w kontekście pracy Teodorczyka tutaj.
5. Piechota węgierska – czy raczej węgierska, polska i iitewska, której nieco miejsca poświęca Teodorczyk. Z powodu braku źródeł nie wymienił on liczebności niektórych chorągwi prywatnych, porównując więc z „berlińskim” źródłem jego kalkulacje całości piechoty mogą więc być zaniżone.
6. Szlachta ziemi chełmińskiej – zamieszczałem już na blogu wpis mówiący o jej popisie z 21 sierpnia.
Swoją drogą ciekawe, czy owa relacja wymienia nazwiska rotmistrzów chorągwi czy tylko ogólne informacje? Niestety bardzo ogólny przypis źródłowy w pracy Szelągowskiego raczej nie pozwoli na znalezienie odpowiednego dokumentu (jeżeli przetrwał on drugą wojnę światową). Niemniej jednak spróbuję, w końcu napisanie jednego maila nie kosztuje zbyt wiele czasu i energii.


[1] Była to trzecia część z cyklu Sprawa północna w wiekach XVI i XVII.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Słownik Wörtear-Büchleina



W dzisiejszym wpisie bardzo ciekawe znalezisko z odmętów Academia.edu. Chodzi mianowicie o niemiecko-szwedzko-polsko-łotewski słownik wydany w Rydze w 1705 roku. Jego specjalną edycję przygotowali w 2010 roku Lennart Larsson, Bo Andersson, Włodzimierz Gruszczyński i Peteris Vanags. Rzecz niezwykle interesująca – zarówno jako materiał źródłowy jak i jako przykład współpracy badaczy z różnych krajów. Całość tekstu można znaleźć tutaj.

niedziela, 11 lutego 2018

Historyk o(d)powiada...Andrzej Rachuba



W dzisiejszym odcinku odpowiedzi na moje blogowe pytania zgodził się udzielić prof. dr hab. Andrzej Rachuba. Biogram p. Profesora można przeczytać na wiki, polecam także listę publikacji na stronie Instytutu Historycznego PAN – mnóstwo niezwykle interesujących pozycji, zwłaszcza jeżeli ktoś jest zainteresowany XVII-wieczną armią litewską. Zapraszam do lektury:

W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Zainteresowanie historią zaczęło się u mnie bardzo wcześnie, pod wpływem czytanej mi przez Rodziców „Trylogii” Henryka Sienkiewicza, którą dokończyłem czytać już sam, gdy poszedłem do szkoły podstawowej. Od razu więc też zainteresowanie moje skoncentrowało się na XVII w., co pogłębiałem lekturami prac Zbigniewa Wójcika, Władysława Czaplińskiego, Adama Kerstena. Potem zaciekawiłem się starożytnością (czyny Aleksandra Wielkiego, bohaterscy Spartanie, Hannibal – jak widać pasjonowały mnie przede wszystkim, jak zapewne większości chłopców, wydarzenia wojenne i polityczne, wielcy wodzowie, armie), wreszcie czasami Napoleona (znowu głównie wojny, wielcy dowódcy). Chyba na końcu zaczęła się moja przygoda z II Wojną Światową, ale głównie przez pryzmat wojen na morzach, w przestworzach i broń pancerną. To było już w szkole średniej (chodziłem do liceum pedagogicznego, by zostać nauczycielem historii) i gdy zacząłem studia w Instytucie Historycznym UW miałem początkowo ogromny dylemat, o czym będę pisał pracę magisterską, w czym się specjalizować? Pierwsze lata studiów wyleczyły mnie definitywnie z zainteresowaniami starożytnością, Napoleonem i II Wojną. Postanowiłem zdecydowanie pozostać przy czasach wczesnonowożytnych (XVII w.) i zapisać się na seminarium Prof. Jaremy Maciszewskiego oraz Prof. Stanisława Herbsta. Niestety, w tym roku, gdy musiałem wybrać seminarium magisterskie ten pierwszy nie przyjmował nowych chętnych do pisania pod jego kierunkiem pracy magisterskiej, a drugi wkrótce zmarł. Ostatecznie więc, idąc za kolegami z akademika, zapisałem się na jedyne ówczesne seminarium nowożytne, które właśnie otworzył doc. dr hab. Tadeusz Wasilewski, a zatytułowane ono było „Wielkie Księstwo Litewskie i Podlasie Koronne w czasach nowożytnych”. Tak zupełnie przypadkowo zostałem lituanistą, o której to Litwie przedtem wiedziałem bardzo mało. Dzięki memu opiekunowi dość szybko wgłębiłem się jednak w problematykę litewską i napisałem z tego zakresu pracę magisterską. Już wówczas też zacząłem marzyć o dalszej pracy naukowej, która wydawała mi się niezwykle pasjonującą, wspaniałą, odpowiadającą mej osobowości. Mój Mistrz sam zaproponował mi wówczas pisanie pod Jego kierunkiem rozprawy doktorskiej.

Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Z pewnością specjalną „sympatią” darzę mego pierwszego bohatera w pracy naukowej, a był nim Paweł Jan Sapieha, ostatecznie wojewoda wileński i hetman wielki litewski, którego postawie w latach 1655/56 zająłem się w pracy magisterskiej. Nie był wybitnym wodzem, do najwyższych godności w Wielkim Księstwie Litewskim doszedł trochę przez przypadek (wymarcie głównej linii rodziny), ale potrafił bezwzględnie wykorzystać wszystkie okazje, by do owych godności dojść, by Sapiehowie zdobyli hegemonię na Litwie. Nie do końca mu się to udało, ale jego synowie zrealizowali ów cel. Za tym poszło w ogóle zainteresowanie Sapiehami, właśnie synami Pawła Jana – Kazimierzem Janem i Benedyktem Pawłem, ale także właściwym twórcą potęgi tej rodziny – Lwem, jego synem Kazimierzem Leonem i innymi.

Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Nigdy w tych kategoriach nie myślałem o postaciach historycznych. Niewątpliwie jednak chciałbym być „przyjacielem” mego wymienionego wyżej bohatera, bo choć wiem bodaj o nim wszystko, co można w świetle źródeł pisanych i opracowań uzyskać, to brak mi wielu informacji o jego planach, przemyśleniach, reakcjach na dopadające go szczęście i porażki, życiu rodzinnym etc.

Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Dumny chyba nie jestem z żadnej publikacji, ale zadowolony z prac o miejscu Wielkiego Księstwa Litewskiego w systemie parlamentarnym Rzeczypospolitej i o konfederacjach wojska litewskiego w latach 1655–1663. Myślę, iż udało mi się wnieść trochę nowych ustaleń i pomysłów do wiedzy o ówczesnej Litwie, jej ludziach, instytucjach. Radość przynoszą jednak także cykle książek o urzędnikach WKsL, o deputatach Trybunału litewskiego, o rejestrach podymnego, edycje kilku pamiętników. W sumie owych publikacji jest prawie 30, więc też trudno z wszystkich się równie cieszyć.

W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Bez wątpienia najwięcej zawdzięczam naukowo memu wspaniałemu śp. Mistrzowi, Profesorowi Tadeuszowi Wasilewskiemu, który nie tylko zaraził mnie miłością do dawnej Litwy, ale i pokazał, jak należy pracować, czym sie kierować w badaniach. Równie wspaniałym nauczycielem, ale też zupełnie wspaniałym Człowiekiem, o ogromnej erudycji i wyjątkowo ciepłemu, pełnemu wyrozumiałości podejściu do młodych badaczy, był też już nieżyjący mój wieloletni Szef w Instytucie Historii PAN – Profesor Ryszard Kiersnowski. Duży wpływ na moją naukową karierę miał bez wątpienia Prof. Zbigniew Wójcik, ale miałem też przyjemność poznać Profesorów Stanisława Alexandrowicza, Juliusza Bardacha, Władysława Czaplińskiego,  Adama Kerstena, Janusza Tazbira, Jana Wimmera, a z żyjących Wiesława Majewskiego i Henryka Wisnera. Każdy z nich w jakimś stopniu miał wpływ na moją twórczość.

Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Zalecam korzystanie z tych mediów ostrożnie, z umiarem i nieufnością. Sam zawsze tak postępuję, bo też korzystam z niektórych blogów internetowych, które uznałem za wiarygodne, interesujące poznawczo, bo poszerzające moją wiedzę, raczące mnie dyskusjami (a one są zawsze niemal ważne). Bez tzw. kadzenia (bo z natury wolę krytykę niż chwalenie) mogę stwierdzić, iż jednym z takich interesujących, wykorzystywanych przeze mnie od lat, blogów jest Kadrinazi, bo znajduje się tu sporo materiałów do armii litewskiej XVII w., którą bardzo się interesuję zawodowo. Korzystam też z Biblioteki kresowej, potyczek z genealogią, milhist.info. i kilku innych projektów internetowych. Gorzej jest już z Wikipedią.

Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Ciężko pracować, nie zrażać się, dobrze przemyśleć, czy rzeczywiście jest to zawód, któremu chcesz się poświęcić na resztę życia. Jeśli tak, to potrzebna jest cierpliwość, pasja, uczciwość i bezkompromisowość, szukanie „dziury w całym”, ciągłe pogłębianie wiedzy. Ważne jednak, by nie zagubić się tylko w nauce, bo ważna jest, jeżeli się ją ma, przede wszystkim rodzina!

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
Problemem jest przede wszystkim brak wolnego czasu, bo praca naukowa zajmuje mi do kilkunastu godzin dziennie (oczywiście nie zawsze, bo są jeszcze liczne zebrania, posiedzenia, komisje, sesje etc.). Bardzo lubię jednak oglądać mecze piłki nożnej, zwiedzać, czytać książki (niestety, historyczne), czasopisma (przede wszystkim „Piłkę Nożną” oraz historyczne i genealogiczne), posłuchać odprężającej, dobrej muzyki (lubię bardzo różne gatunki: poważną, ale głównie operową, rock, fado, country, gospel, latino).