czwartek, 30 września 2010

Zniesiono nasz podjazd...


Dnia 14 praesentis [1661 roku] zniesiono nasz podjazd pod komendą Pana Kotowskiego, porucznika roty kozackiej JMPana Pisarza Polnego W. X. Litewskiego, w liczbie siedmiu chorągwi, z których cztery wzięto, także za niesprawą wielką niektórych, mianowicie tych, którzy miawszy posiłkować, sami wprzód uciekli i chorągwie potracili. Pierwszą Pana Chaleckiego, Strażnika W. X. Litewskiego, drugą Pana Obuchowicza, trzecią Pana Sosnowskiego, czwartą Pana Szemeta; i z towarzystwa dziesiątek wzięto, a z drugi dziesiątek pachołków. Te zaś chorągwie, które się potykały, uszły, mianowicie JMPana Kanclerza kozacka, JMPana Pisarza Polnego, i JMPana Podbereskiego. Za co Pana Bakę, chorążego, i Pana Komorowskiego, porucznika tejże chorągwi, osądzono na gardło i na wartę wzięto. Jakożby z tych dwóch żadną miarą jednego któregokolwiek nie uwolniono, gdyby nie tak prędko Chowański nastąpił z swoją rezolucyą.
Bardzo mnie zainteresował ów zapis u Poczobuta Odlanickiego, postanowiłem więc poszperać i zidentyfikować owe pokonane chorągwie. Starcie podjazdu musiało być bardzo ciekawe, zachodzę w głowę jakie też jednostki moskiewskie tam mocno poturbowały Litwinów, czyżby jacyś rajtarzy? Niestety jest to jednak z wielu porażek kawalerii litewskiej z armią moskiewską w okresie wojny 1654-1667, wydaje się że ‘konfidencyja’ armii litewskiej po klęskach 1654 roku (i późniejszych) musiała się długo odbudowywać. Swoją drogą walki litewsko-moskiewskie są bardzo ciekawe, niedługo napiszę o nich jeszcze kilka wpisów.
Sprawdźmy najpierw trzy chorągwie które wzięły udział w walce (w nawiasie stany etatowe, oczywiście stany faktycznie musiały być dużo niższe):
- chorągiew kozacka pisarza polnego litewskiego Aleksandra Hilarego Połubińskiego pod porucznikiem Konstantym Kotowskim (d-ca podjazdu) (120) – tak, to ten sam Kotowski który w tak makabryczny sposób zakończył żywot w 1665 roku!
- chorągiew kozacka kanclerza litewskiego Krzysztofa Paca pod porucznikiem Pużyną lub Kozubskim (120)
- chorągiew kozacka Hrehorego Kazimierza Podbereskiego, starosty upickiego, pod porucznikiem Hieronimem Romanem Buczackim (120)
Cztery chorągwie które uciekły z pola walki, tracąc na rzecz Moskali sztandary. Swoją drogą znajduję coraz więcej informacji o sztandarach utraconych w walkach z siłami moskiewskimi, może wypadałoby coś z tego złożyć w jakiś porządniejszy tekst, ale to już przy innej okazji:
- chorągiew kozacka Władysława Jerzego Chaleckiego, strażnika litewskiego (120)
- chorągiew kozacka Michała Leona Obuchowicza, wojewodzica smoleńskiego (120) – porucznika Mikołaja Komorowskiego  i chorążego Jana Albrechta Bakę ’osądzono na gardło’ za ucieczkę z pola walki, ale wyroku nie wykonano
- chorągiew kozacka Jana Sosnowskiego, kasztelana połockiego (120)
- chorągiew kozacka Mikołaja Szemeta (Szemiota) (120) – nie wiem jednak kto dowodził ową chorągwią, według Odlanickiego Szemiot miał bowiem zginąć w październiku 1660 roku.

środa, 29 września 2010

Zbrojnie, pistoletami, bandoletami opatrzona - rajtaria moskiewska 1654-1667

Słów kilka o rajtarii (znowu…) z tym że tym razem moskiewskiej, w okresie wojny z RON w latach 1654-1667 [niestety nie za dużo, ale zawsze to jakiś początek] . Była to bez wątpienia najlepsza moskiewska formacja kawalerii, złożona zarówno ze szlachty jak i (zwłaszcza z upływem czasu i trudów wojennych) także z biedniejszych warstw społecznych. Rajtarzy zorganizowani byli w regimenty – podzielone na sztab (ok. 30 ludzi) i 10 rot (odpowiedniki kompanii, liczących pomiędzy 60 a 100 żołnierzy); roty z kolei dzieliły się na trzy kapralstwa (aczkolwiek mogły się zdarzać regimenty o większej lub mniejszej ilości rot/kompanii). Na czele regimentu stał pułkownik , jego zastępcą był podpułkownik (znany jako porucznik pułkowy), trzecim oficerem był major. Każdy z nich dowodził także własną rotą, z tym że na czele roty pułkownika stał de facto kapitan porucznik. Siedmioma pozostałymi rotami dowodzili rotmistrzowie, każdy z nich (a także podpułkownik i major) miał jako zastępcę porucznika. Duża część kadry to cudzoziemcy, pochodzący z krajów niemieckojęzycznych, Wysp Brytyjskich czy Szwecji.
Rajtaria była, o czym świadczą źródła, dobrze wyposażona -  ‘z trojgiem strzelby’ (parą pistoletów i długą bronią palną) i bronią białą (szablą lub pałaszem), rajtaria pistoletami, bandoletami opatrzona, jak pisał o armii Chowańskiego w 1660 roku ks. Bogusław Radziwiłł. Uzbrojenie ochronne to hełmy i napierśniki (a zapewne i napleczniki), rajtaria zbrojna jak ją określił walczący przeciw Moskalom w 1660 roku Łoś. U Samuela Leszczyńskiego w Potrzebie z Szeremetem czytamy [podaję za pracą R. Sikory Na skrzydłach husarii]:
[…[ strzelbą wyśmienitą
Na koniach bardzo dobrych, szyszakiem okrytą
Głowę mieli, a ciała zakryte zbrojami,
Był obojczyk, karwasze i z naręczagami.
Przez pewien czas (do początku lat 60-tych?) jedna z rot w każdym regimencie miała mieć także na wyposażeniu broń drzewcową, prawdopodobnie rohatynę, niemniej jednak nie mam żadnych informacji o walorach bojowych takich ‘lansjerów’.
Zachował się bardzo interesujący opis regimentu rajtarii moskiewskiej w 1654 roku, wchodzącego w skład armii wyruszającej z Moskwy na wojnę z RON. Po strzelcach następował Oberszter, niedawno z Angliej przychodzień (który zmarłemu Królowi angielskiemu za Generała Majora służył) przezwiskiem Druski, ze Śląska ślachcic, który się po obcemu dał przechrzcić – tysiąc konnych, którzy wszytcy ślachta zaciągniona, i już kilka lat od Obersztera Berkhoffa ćwiczona, na przedzie i w tyle zbroją i casquetami opatrzona, także dobremi karabinami i pistoletami. Sam Oberszter strojno ubrany w dobrym ich porządku wiódł.
Moskiewscy rajtarzy nie obawiali się walki wręcz, mamy także sporo wzmianek o używaniu przez nich broni palnej przed zwarciem. Biorąc pod uwagę, że szkoleni byli na modłę zachodnią przez zagranicznych oficerów, mogli także stosować karakol. Czasami jednak ich ogień nie był zbyt dobrze skoordynowany, jak to podaje litewskie źródło z bitwy pod Szkłowem - To nam przy łasce Bożej pomogło, że Rajtariej nieprzyjacielskiej, której wszytko zbrojnej bardzo wiele miał, półk jeden dał do Moskwy ognia. Czy się omylili, bo już ciemno było, czy też z inszej jakiej przyczyny, wiedzieć nie możemy, dla czego w sam gorący bój do konfuziej i to pomogło nie lada jako. Walczący przeciw rajtarom w 1660 roku Pasek także wspomina o walce ogniowej ze strony przeciwnika, rajtarya sypała do nas gęsty ogień . Rajtaria moskiewska zasłużyła się w czasie bitwy pod Szepielewiczami, gdy złamała opór dragonii litewskiej, także w czasie walk pod Cercami, gdy rajtarzy mieli decydując udział w zniszczeniu części litewskiej piechoty – chorągwi rajtarskich siedm i innych nie mało, wprzód piechotę cudzoziemska po kilkakrotnym obrocie przełomili i w rozsypkę wprowadzili. Najgroźniejszym przeciwnikiem dla rajtarii była oczywiście husaria – klasyczny przykład to starcie pod Lubarem w 1660 roku, gdzie husaria koronna wytrzymała salwy rajtarii moskiewskiej i w gwałtownej szarży złamała ich szyki, zmuszając do ucieczki. Nawet jednak w obliczu porażki rajtarzy potrafili pokazać swoją wartość. Gdy w 1660 roku armia moskiewska została rozbita pod Połonką, 400 rajtarów z regimentu smoleńskiego zasłużyło się przy osłonie odwrotu. Stawali, nie szczędząc głów swoich, i piechotę za sobą wyprowadzili (…) do Połocka rozlicznymi drogami. 

wtorek, 28 września 2010

Wróżbę poganną odprawowali


Wbrew fotce nie będzie o Aztekach – jednak sam rysunek jest ważny jako poglądowa ilustracja. W 1664 roku, podczas kampanii wojsk polsko-litewskich przeciw połączonym armiom moskiewskiej i kozackiej, do niewoli został wzięty towarzysz chorągwi pancernej króla Jana Kazimierza. Jak napisał o całym zdarzeniu Jan Władysław Poczobut-Odlanicki:
Jakoż strzelanie słychać było, gdzie tamże w odwodzie wzięto towarzysza roty pancernej Króla Jegomości, JMPana Kolnickiego, którego tyrańsko zamordowano, bo żywcem serce wyrwawszy, jakąś wróżbę poganną odprawowali nad tym znacznym szlachcicem koronnym.
Kto i dlaczego w ten sposób zabił Kolnickiego? Tego się pewnie nie dowiemy, jednak opowieść niczym z horroru. Aż się prosi o zrobienie modelarskiej dioramy z cyklu ‘nieznane epizody z XVII-wiecznych bitew’…

Malarze znani i nieznani - cz. XI




[podziękowania dla Maxgalla za materiał ikonograficzny w tak dobrej jakości!]
Georg Christian Eimmart Młodszy (1638-1704/1705) – niemiecki rytownik i malarz, pracował w Regensburgu i Norymberdze, gdzie od 1674 roku prowadził szkołę malarską.  Co ciekawe, Eimmart zajmował się także astronomią i matematyką.  Nas jednak może zainteresować jego praca w dziedzinie rytownictwa - w oparciu o szkice D. K. Ehrenstrala, wykonał bowiem serię 63 rycin ukazujących koronację Karola IX w Sztokholmie w 1672 roku. Ryciny te, w opracowaniu G. Eberta, wydano następnie w 1685 roku w Sztokholmie pod tytułem Certamen equestre cæteraque solemnia Holmiæ Suecorum Ao: MDCLXXII .M. Decbr: celebrata cum Carolus XI. omnium cum applausu aviti regni regimen capesseret. Wśród rycin znajdujemy te ukazujące polskie poselstwo wysłane do Szwecji w 1672 roku. Są to przede wszystkim przepiękne ilustracje wspaniałych polskich koni – wraz z bogatym zdobieniem siodeł, uzbrojeniem, skrzydłami przytroczonymi do siodeł, piórami. Nic tylko siedzieć i podziwiać…

poniedziałek, 27 września 2010

Kircholm 1605 - in memoriam


[mam dziwny nastrój, więc będzie nietypowo – acz mam nadzieję, że i tak interesująco…]

Historię piszą zwycięzcy, czyż nie tak mówi stare przysłowie? Dla zwyciężonych pozostaje tylko kilka słów w szkolnym podręczniku nad którym będzie przysypiał znudzony uczeń… to i dwa metry ziemi, którą zasypano zbiorową mogiłę do której wrzucano zwłoki poległych. O tryumfatorach powstaną pieśni, poematy, ich będzie wieczna chwała i sława… przegrani zaś będą szczęśliwi, jeżeli uniosą cało kark z miejsca klęski. Tych którzy zginęli, okryje swym skrzydłem anioł śmierci, a ten przynajmniej będzie sprawiedliwy – nie rozróżni na lepszych i gorszych, zwycięzców i przegranych. Złoży im na czole zimny pocałunek, zabierze ostatnie tchnienie, wsłucha się w końcowe bicie serca. I niezależnie od imienia, pochodzenia i narodowości nie zapomni o nich, nie ominie żadnego. Czytając o słynnych bitwach, wielkich tryumfach i straszliwych porażkach pamiętajmy tych wszystkich, którym nie dane było przeżyć, ginąc w bezimiennej masie za chwałę królów i generałów. Dla wszystkich poległych na równinie pod Kircholmem 27 (czy 17 jak kto woli) września Roku Pańskiego 1605…

Książę Fryderyk Luneburski, który oburzony przed bitwą na zarzut o tchórzostwo miał powiedzieć do Karola IX – Niesłusznie mię, królu, nazywasz tchórzem i niewiastą. Wtenczas będę takim, kiedy dziś z placu, jak ty nieraz, ucieknę. Na dowód tego, że się Polaków nie lękam, zsiadam z konia i pieszo mój regiment przeciwko nim powiodę. Próbował uratować swych knechtów, prowadząc pikinierów w próbie przedarcia się przez otaczającą ich jazdę litewską. Rotmistrz Tomasz Dąbrowa dopadł go i w scenie żywcem wyjętej z poematu Homera ciął pałaszem przez głowę, następnym ciosem odrąbując rękę szwedzkiego oficera. Jak napisał po bitwie hetman Chodkiewicz ubolewam zaś najwięcej nad losem ks. Luneburskiego Fryderyka, którego w kwiecie młodości, a w żołnierstwie mało ćwiczonego, Karol ks. Sudermanii jako ofiarę na rzeź wystawiając, na czele piechoty swej stanąć przymusił.

Towarzysz husarski Strepkowski, z chorągwi rotmistrz Wojny, którego wiernego Pałasza zabiła muszkietowa kula wystrzelona przez szwedzkiego knechta z regimentu Stuarta. Nim litewski husarz zdołał się podnieść z ziemi, trzy kolejne kule zadały mu śmiertelne rany. Padł tuż przy swym rumaku, umierając ostatnim gestem pogładził jeszcze wyciągniętą szyję zabitego wierzchowca. Zawsze razem, nawet u bram śmierci…

Carl Frederiksson Piper, z Aspelands w prowincji Kalmar. Szwedzki rajtar służący w Hovfanan ujrzał swoją śmierć w lufie pistoletu który wymierzył w niego litewski husarz. Piper szepnął tylko ‘Brigitta’ - imię ukochanej  która już nigdy nie miała go zobaczyć – po czym świat eksplodował w huku wystrzału.

Bracia Jurahowie – na polu walki zawsze razem, pilnując jeden drugiego jak przykazał ojciec leżąc na łożu śmierci. Pierwszy padł Jan, przeszyty pałaszem inflanckiego kirasjera z Dorpatu. Adam pomścił brata, jednak wtedy  kolejny Inflantczyk zajechał go z boku, strzelając z pistoletu w twarz. Po bitwie znaleziono braci leżących ramię w ramię, z twarzami zwróconymi w stronę wroga.

Anders Lenartsson, doświadczony szwedzki oficer odradzający Karolowi IX stoczenie bitwy, wypełnił jednak swój żołnierski obowiązek do końca. Próbując uspokoić panikujących knechtów zsiadł z konia, z piką w ręku walczył w szeregu prostych żołnierzy. Jego pikinierów złamali husarze, jeden z Litwinów zranił go ciosem szabli. Lenartsson padł na kolana, krew zalewała mu twarz, ale wciąż nieugięty wyciągnął przed siebie pałasz, rzucając wyzwanie przeciwnikom. Gdyby go rozpoznano, być może wpadłby do niewoli, jednak kolejny z husarzy pochylił się w siodle i przeszył go koncerzem. Chodkiewicz uhonorował poległego generała kiedym Lennartssona w kościele katedralnym ozdobnie pogrześć rozkazał.

Maćko,  młody pocztowy towarzysza Skalskiego z chorągwi husarskiej Teodora Lackiego. Kula strzaskała mu kolano, szok i upływ krwi powoli ucinały nić jego żywota. Skalski trzymał go w ramionach, odmawiając modlitwę, którą ostatnim tchnieniem  powtarzał czeladnik. Nie wybrzmiało jeszcze  ‘amen’, gdy towarzysz delikatnym gestem zamknął niewidzące już oczy chłopaka.

Axel Henriksson  Roos, z Lojo w prowincji Nyland. Uciekając po szarży straszliwej husarii porzucił zmęczonego konia, zabierając ze sobą tylko pałasz i jeden pistolet. Zabłądził w nieznanej sobie okolicy, potknął się lądując z twarzą w błocie. Kiedy się podniósł, ujrzał jak zbliżała się do niego  grupka łotewskich chłopów, dzierżących w dłoniach cepy i kosy. Wiedział, że nie będzie z ich strony miłosierdzia, jednak po wszystkim czego tego dnia widział nie chciał już walczyć. Wyciągnął zza pasa pistolet, przystawił sobie do brody, modląc się w duchu, by zdołał wystrzelić. Bóg czasami spełnia nawet najdziwniejsze nasze modlitwy…

Otto von Sacken, rotmistrz pospolitego ruszenia z powiatu piltyńskiego, który u boku ks. Fryderyka Kettlera nadciągnął na pole bitwy tuż przed rozpoczęciem walki. Poprowadził do boju piltyńskich i litewskich piechurów.  Na białym koniu, w pięknej szmelcowanej zbroi, acz bez hełmu by żołnierze lepiej słyszeli jego komendy. Muszkietowa kula trafiła go w twarz, w jednej chwili osunął się z kulbaki na ziemię. Gdy dobiegli do niego najbliżsi knechci, Sacken już nie żył.

Inflancki szlachcic Henryk Wrede, uciekający wraz z Karolem IX w stronę okrętów. Ścigający Litwini zmasakrowali przybocznych rajtarów, roznosząc kornet w bitewnej furii. Ranny koń króla odmówił jednak posłuszeństwa. Wrede, widząc nadciągających litewskich jeźdźców, nie zawahał się. Oddał własnego fryza Karolowi, sam stanął na drodze pościgu. Nie miał najmniejszej szansy, ginąc na szablach husarzy i Tatarów, jednak uratował swego monarchę.

Książęta, szlachcice, czy zwykłe ciury – kim by nie byli, pamiętajmy o nich, wszak historia zawsze pisana jest krwią dzielnych ludzi…

niedziela, 26 września 2010

Friendly fire/fratricide/blue-on-blue



Określenie ‘przyjacielski’ lub ‘bratobójczy ogień’ zwykło się kojarzyć przede wszystkim z przypadkami przypadkowego ostrzału czy bombardowania własnych sił w toku XX i XXI-wiecznych wojen. Jest to jednak oczywiście zjawisko o wiele starsze, chciałbym więc przedstawić kilka przypadków z mego ulubionego XVII wieku. Biorąc pod uwagę, jak podobnie do siebie (ubiory, wyposażenie) wyglądali w owym czasie żołnierze walczących ze sobą armii (zwłaszcza w Europie Zachodniej podczas Wojny Trzydziestoletniej) o tragiczne i nierzadko krwawe przypadki w bitewnej kurzawie nietrudno…

W bitwie pod Zablati (Radomilicami) w 1619 roku protestancka jazda hrabiego Mansfelda zmuszona została do ustąpienia przez kirasjerami walońskimi. Rajtarzy hrabiego wycofali się w stronę własnej piechoty, licząc na wsparcie ogniowe i osłoną na czas zebrania się i przegrupowania. Knechci zareagowali jednak nerwowo, na widok nadjeżdżającej jazdy natychmiast wystrzelili z muszkietów, tak że więcej ich sama postrzeliła [piechota Mansfelda] niż nieprzyjaciel.

Dużego pecha mieli cesarscy kirasjerzy i arkabuzerzy w bitwie pod Trzcianem w 1629 roku – polscy husarze i kozacy w ferworze walki rzucili się bowiem i na swych sojuszników, nie mogąc ich odróżnić od Szwedów. Dostało się i cesarskim w tamtej bitwie od naszych zajuszonych, bo między Niemcem naszym [czyli cesarskim] a Szwedzkim w zamieszaniu trudno rozeznać było, kto swój a kto nieprzyjacielski i zabito tak kilku żołdaków cesarskich, aż potym cesarscy napominali, gdy widzieli naszych bieżących ku sobie wołali: Jezus Marja Kaizers. Rozeźlony generał Arnim miał napisać w swoim liście-raporcie pobitewnym, że ofiarą Polaków padło więcej niż 20 jego żołnierzy.

Nietypowym przykładem (czy można go w ogóle zaliczyć do ‘friendly fire’?) jest sytuacja z bitwy pod Batohem w 1652 roku. Polska jazda został tam bowiem zmuszona do odwrotu i część spośród kawalerzystów, zamiast powrócić do obozu, postanowiła uciec z pola walki. Hetman Kalinowski miał wtedy rozkazać muszkieterom piechoty cudzoziemskiej otwarcie ognia do uciekinierów. W kilku źródłach z epoki znajdujemy wzmiankę o tym incydencie, jednak w tychże źródłach mocno podzielone są zdania co do faktycznych strat jakie od owego ostrzału ponieśli kawalerzyści. Niektórzy autorzy twierdzą, że ogień z muszkietów zebrał krwawe żniwo, spotykamy się też i z opinią, że strzelano li i jedynie na postrach. Tak czy inaczej jest to smutna historia z tragicznej bitwy…

W bitwie pod Szkłowem w 1654 roku jeden z moskiewskich regimentów rajtarii oddał wielką przysługę Litwinom, w toku walki strzelając do własnych żołnierzy. To nam przy łasce Bożej pomogło, że Rajtariej nieprzyjacielskiej, której wszytko zbrojnej bardzo wiele miał, półk jeden dał do Moskwy ognia. Czy się omylili, bo już ciemno było, czy tćż z inszej jakiej przyczyny, wiedzieć nie możemy, dla czego w sam gorący bój do konfuziej i to pomogło nie lada jako. Bez wątpienia musiało to zaskoczyć znienacka ostrzelane oddziały i zachwiać ich pewnością siebie.

7 czerwca 1656 roku w czasie szturmu Warszawy doszło do tragicznego incydentu. Atak prowadziła luźna czeladź, za którą posuwały się oddziały piechoty cudzoziemskiej. Muszkieterowie mieli osłaniać ogniem wdzierającą  się na mury hałastrę gdy wtem kiedy nasi pod mury podstępować mieli, oni [piechota cudzoziemska] zdrajcy, gdy nasi już na mury weszli, ognia do nich potężnie dali, że ledwo się który na murze został. W skutek takiego ‘wsparcia’ Szwedzi byli wstanie odeprzeć atak i odrzucić szturmujących. Samo wydarzenie może dziwić, zapewne w zamieszaniu towarzyszącym atakowi żołnierze źle zrozumieli komendę i oddali przedwczesną salwę.

To tylko kilka przykładów ‘na dobry początek’, zapewne jeszcze wrócimy kiedyś to tego tematu…

Na służbie wroga - cz.II



Na jutrzejszą rocznicę bitwy pod Kircholmem przygotowuję coś specjalnego, dzisiaj jednak krótki notka – przypomnienie. O czym nie każdy wie, w skład armii szwedzkiej walczącej w tej bitwie weszły dwa oddziały złożone z Polaków i Litwinów. Były to  fänikor (kompanie) dowodzone przez Påvfela (zapewne Pawła) Stilickena i Tidemana Schro (inna wersja nazwiska to Skrowe). Kompania tego pierwszego miała stan etatowy 194 żołnierzy, ale tylko 97 z nich miało brać udział w bitwie. Z kolei kompania Schro stanęła do boju w sile 81 żołnierzy. Obydwa oddziały weszły w skład regimentu Andersa Lennartssona, czyli przyszło im walczyć w centrum szyku szwedzkiego. Nie są mi znane dalsze losy tych kompanii, jednakże trzeba pamiętać, że regiment Lennartssona poniósł  ciężkie straty w walce przeciw husarii litewskiej, min. zginął sam dowódca, walczący pieszo z piką w ręku. Dziwne koleje losu musiały owych polskich i litewskich żołnierzy (przynajmniej część z nich mogła pewnie wcześniej służyć w inflanckich garnizonach) rzucić na służbę u Karola IX, gdzie zapewne przyszło im zginąć z rąk rodaków w słynnej bitwie…

sobota, 25 września 2010

Biłem się, przegrałem, zwyczajna to rzecz...


Napisałem ostatnio kilka słów o chorągwiach hetmana Radziwiłła, walczących w tragicznych bitwach latem 1654 roku przeciw siłom moskiewskim. Kontynuując ten temat, chciałbym się dzisiaj zająć częściową identyfikacją (na tyle na ile pozwalają mi moje zasoby źródeł) jednostek armii litewskiej walczących pod Szkłowem,  Szepielewiczami (Ciecierzynem) i Cercami. Litewskie źródła opisujące owe starcie wymieniają wiele oddziałów, niestety przede wszystkim w kontekście ciężkich strat. Na ile jest to możliwe, postaram się teraz te oddziały wymienić. Podane w nawiasach liczby to stany etatowe – oczywiście stany faktyczne były o wiele niższe, zwłaszcza po krwawym starciu pod Szkłowem. W przypadku kilku oddziałów brak potwierdzenia źródłowego, że walczyły pod Szepielewiczami, jednakże jako że widzimy je pod Szkłowem, gdzie poniosły straty, z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że walczyły i w kolejnych bitwach. Armia pod komendą hetmana Radziwiłła była wszak niewielka, zapewne wszystkie dostępne oddziały (poza garnizonami) wzięły udział w kampanii – bez wątpienia wszystkie chorągiew husarii, gros chorągwi kozackich i tatarskich, a także praktycznie cała dostępna dragonia.
- kozacka (pancerna) chorągiew hetmana Radziwiłła pod porucznikiem Aleksandrem Mierzeńskim (150 koni) – oddział ten poniósł spore straty pod Szkłowem, jak już pisałem na blogu został zdziesiątkowany osłaniając hetmana pod Cercami
- hetmańska chorągiew husarii (159 koni) – źródła potwierdzają jej udział pod Szkłowem, gdzie poniosła ciężkie straty
- chorągiew husarii Hrehorego Mirskiego, strażnika litewskiego pod porucznikiem Hieronimem Mirskim (83 konie) – porucznik zginął pod Szkłowem,
- chorągiew husarii Aleksandra Hilarego Połubińskiego, podstolego wielkiego litewskiego,  (122 konie) – wchodziła w skład pułku Połubińskiego, który osłaniał odwrót armii spod Szepielewicz
- chorągiew kozackiego tegoż, pod porucznikiem Konstantym Kotowskim  (120 koni) – jak wyżej
- chorągiew kozacka Jerzego Niemirycza, podkomorzego kijowskiego (100 koni)   pod porucznikiem Niemstą – porucznik zginął pod Szkłowem
- chorągiew kozacka Samuela Wysockiego (100 koni) – walczyła w straży przedniej pod Szepielewiczami
- chorągiew kozacka Jana Bychowca, starosty trockiego (120 koni) – jak wyżej, w bitwie zginął jego porucznik (Helzbon?)
- Jerzego Karola Hlebowicza, starosty żmudzkiego, pod porucznikiem Samuelem Kmicicem (120 koni) – jak wyżej
- podkomorzego rzeczyckiego – nie znalazłem nikogo o takim tytule, wydaje mi się jednak, że może tu chodzić o chorągiew kozacką Jerzego Władysława Judyckiego, marszałka rzeczyckiego (120 koni) – jak wyżej
- chorągiew kozacka Chryzostoma Jundziłła (86 koni) – rotmistrz poległ w walce
- regiment dragonii hetmana Radziwiłła pod Hermanem Ganzkopfem (Ganskofem) (200 porcji) – jednostka walczyła także pod Szkłowem, w czasie odwrotu spod Szepielewicz, jak cała dragonia litewska, oddział poniósł ciężkie straty
- regiment dragonii ks. Bogusława Radziwiłła pod Eberhardem Puttkamerem (700 porcji) – dołączył do armii po Szkłowie, ciężkie straty po Szepielewiczach
- regiment dragonii Ernesta Jana Korffa (750 porcji) – walczył pod Szkłowem, ciężkie straty po Szepielewiczach
- być może  pod Szepielewiczami walczył także regiment dragonii Erdmana von Gantzkov (Gantzkopf, Ganskof) (400 porcji)
- regiment rajtarii hetmana Radziwiłła pod obersztlejtnantem Ernestem Sackenem (660 koni) – Sacken został wzięty do niewoli, chociaż pierwsze relacje po bitwie stwierdzały że zginął
- regiment piechoty cudzoziemskiej hetmana Radziwiłła pod obersztejtnantem Janem von Ottenhausenem (1050 porcji) – oddział ten miał zostać zniszczony pod Cercami regiment Xcia Jmci samego pieszy, cudownie dobry i potężny, w pień wysieczony
- regiment piechoty cudzoziemskiej Jerzego Niemirycza pod Bogusławem Przypkowskim (1000 porcji) – jednostka miała ocaleć pod Cercami bez większych strat
- chorągiew piechoty węgierskiej hetmana Radziwiłła pod kapitanem Samuelem Juszkiewiczem (200 porcji) – oddział ten uratował hetmana w czasie przeprawy pod Cercami
- chorągiew piechoty węgierskiej hetmana Radziwiłła pod kapitanem Janem Dmochowskim (100 porcji)
- dwie niezidentyfikowane chorągwie piechoty węgierskiej – poza chorągwiami hetmańskimi garnizonami Dubrowny i Homla mogłyby to być tylko roty Marcina Błędowskiego i ks. Bogusława Radziwiłła
Lista nie jest zbyt długa, niemniej jednak porównując ją z dostępnymi spisami armii litewskiej z jesieni 1654 roku widzimy tu wszystkie trzy chorągwie husarii spod komendy hetmana Radziwiłła, a także praktycznie całą dragonię i piechotę nie pozostawioną na garnizonach. Relacje wspominają także o ciężkich stratach dragonii i rajtarii litewskiej pod Cercami – dragonia jest dosyć dobrze zidentyfikowana, być może więc oprócz regimentu rajtarii hetmana walczyły tam także samodzielne roty rajtarskie (każda po 120 koni) Ernesta Jana Korffa, Teofila Schwarzhoffa i Jerzego Teodora Tyzenhauza.
Oczywiście będę wdzięczny za wszelkie komentarze, uwagi czy sugestie dotyczące innych oddziałów…

czwartek, 23 września 2010

Barwa gwardii JKM - cz. II

28 listopada 1655 roku pomiędzy Siewierzem a Będzinem siłom szwedzkim (regiment rajtarii Wacława Sadowskiego) udało się przechwycić regiment koronnej gwardii pieszej Jana Kazimierza, dowodzony przez obersztera Fromholda Ludinghausena von Wolffa. Jednostka ta wczesną jesienią tegoż roku wchodziła w skład garnizonu Krakowa, na mocy umowy kapitulacyjnej z 17 października otrzymała prawo pobytu na pograniczu ze Śląskiem. Szwedzi groźbą i prośbą (a raczej zaliczkami wypłacanymi a konto służby u JKM Karola X Gustawa) udało się namówić niemal całość regimentu (poza kilkoma oficerami) do przejścia na służbę szwedzką. 8 kompanii regimentu, gdyż tyle brało udział w obronie Krakowa, przeformowano w regiment przyboczny feldmarszałka Arvida Wittenberga i wysłano pod Jasną Górę, jako część sił oblegających klasztor.
Tyle tytułem wstępu, wszak cykl nie o tym. Co prawda o barwie regimentu nie mam żadnych nowych informacji, za to znalazłem ciekawą rzecz o sztandarach. W Armemuseum w Sztokholmie [sygnatury ST 28:34 do ST 28:42] znajduje się bowiem komplet 8 sztandarów (czyli tyle ile było kompanii przejętych do służby szwedzkiej) identyfikowanych jako należące właśnie do regimentu gwardii. Płótna sztandarów mają długość 190-218 cm i wysokość 173-181 cm (jak widać nie są jednakowe). Sztandar kompanii obersztera Wolffa jest z białej tafty, pozostałe z błękitnej tafty; wszystkie mają ukośny żółty krzyż, u góry sztandaru umieszczono także niewielki krzyż Św. Jerzego (tak na rewersie jak i awersie). Na awersie,  pośrodku żółtego krzyża,  widnieje wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus, na rewersie zaś (także pośrodku  żółtego krzyża) widzimy herb króla Jana II Kazimierz, a także inicjały ICRPETS. Inicjał pochodzi od łacińskiego Iohannes Casimirus Rex Poloniae Et Sveciae, czyli Jan Kazimierz, Król Polski i Szwecji.
Dzięki dokładnemu opisowi i całkiem nieźle zachowanym wizerunkom jest to zdecydowanie gratka dla reenactorów i wargamerów, także dla wszystkich zainteresowanych wyglądem polskich sztandarów w XVII wieku – tym ciekawsze, że owe chorągwie należały do zasłużonego w boku regimentu gwardii. 

Ścięty i ćwiartowany


29 listopada 1662 roku nieopodal Ostryni zginął hetman polny litewski Wincenty Korwin Gosiewski. Nie dane mu było polec w walce z wrogiem na polu bitwy – rozstrzelali go zbuntowani żołnierze z tzw. Związku Braterskiego. Była to konfederacja wojska litewskiego, zawiązana początkowo w kwestii zaległego żołdu, z czasem wysuwająca także hasła obrony praw szlacheckich, wymierzona w króla Jana Kazimierza i magnaterię. Hetman Gosiewski, jako zagorzały zwolennik króla, dążył do rozbicia Związku Braterskiego i w licu 1662 roku spotkał się w Wilnie z przedstawicielami zbuntowanych żołnierzy. Został jednak przez nich pochwycony i kilka miesięcy potem rozstrzelany.
Cała ta tragiczna afera miała swój krwawy epilog na sejmie na przełomie 1664 i 1665 roku. Przywódcy i wielu uczestników konfederacji (razem ok. 200 żołnierzy) zostali bowiem surowo osądzenia za udział w porwaniu i zamordowaniu Gosiewskiego – liderzy buntu zostali bowiem skazani na karę śmierci. Zacytujmy obrazowy opis z Dyaryusza wyprawy przeciw Moskwie roku 1664, autorstwa Michała Leona Obuchowicza:
Rok ten [1665 – K.] zaczynając na tymże Sejmie, widzieliśmy surowy widok z dekretu Sejmowego ferowany, na tych którzy byli przyczyną zabicia godnej pamięci Jmć Pana Wincentego Gąsiewskiego Podskarbiego Wielkiego i Hetmana Polnego Litewskiego. Był ten feralny akt odprawowany dnia 5 Januaryi [stycznia – K.] 1665 roku. W Warszawie teatrum [tu w znaczeniu szafotu – K.] przed Ratuszem zbudowano, na którym pięciu tracono, pierwszego [Konstantantego] Kotowskiego, który był substytutem [przywódcą– K.] związkowych; dano mu palić pisma, które własną ręką palił, to jest: że manifestował się przedtem iż jawnego zdrajcę doszedł Pana Podskarbiego, i dla tegoż taką śmiercią usus wojska stracić go. Kat mu podżegał rękę trzymającą pisma, potem ścięty został i ćwiartowany po śmierci; po nim tąż śmiercią ścięty i ćwiartowany Stefan Niewiarowski [co ciekawe, oficer ten pod Werkami wpadł do niewoli moskiewskiej wraz z Gosiewskim – K.] , podał (jak mówią) manifestacyą spowiednikowi aby oddał żonie, że niewinnie schodzi; po nim Wychowski, który strzelił do nieboszczyka Pana Podskarbiego, ścięty i ćwiartowany, po nim Narkowicz i Jastrzemski ścięci. Na Towarzystwo którzy podpisali się do śmierci i po śmierci nieodstępować zbrodni popełnionej, wypadł dekret Sejmowy 7 Januari; rozdzieliwszy na trzy części [podzielono ich na trzy grupy – K.] pierwszych którzy podpisali, aby od zasług oddaleni byli do żadnych honorow póki żyją nie byli przypuszczeni, aby nigdzie na publicznych zjazdach stanowczego ani doradczego głosu nie mieli, i gdy będą na pospolitem ruszeniu, aby nie w pierwszych ale w ostatnich stawali szeregach.

wtorek, 21 września 2010

Scotland and the Wider World - Researchers' Night 2010


24 września bieżącego roku (znaczy się w piątek - tuż tuż...) na uniwersytecie St Andrews w Szkocji będzie miała miejsce tzw. Researcher's Night 2010, na temat 'Scotland and Wider World'. Ogłaszam na blogu, gdyż ma być dostępny podcast w wykładów (mam nadzieję, że będzie go można oglądać w Polsce) a te zapowiadają się niezwykle interesująco. Strona internetowa wyjaśni nieco więcej:
List wykładów:
Ja ostrzę sobie kły i pazury na wykład prof. Murdocha 'Scotland and the TYW' koncentrujący się na niezwykle interesującej bitwie pod Wittstock. Udało mi się zapisać na uczestnictwo w tymże wykładzie (na szczęście w piątek nie pracuję, więc mogę pojechać do St Andrews), mam już gotową listę pytań ;)
Nie omieszkam złożyć dokładniejszego raportu z całej imprezy.

Szwedzkie sztandary... na Wargaming Zone - cz. II

Część druga (i jak na razie ostatnia) mojego tekstu o szwedzkich sztandarach zdobytych przez naszych dzielnych wojaków dostępna już na Wargaming Zone:
Tym razem Inflanty 1625-1629 i Prusy 1626-1629.

Serdecznie zapraszam do lektury!

poniedziałek, 20 września 2010

Rajtaria i dragonia wyruszyła na internetową wojnę...



Mimo mi poinformować, że nawiązałem współpracę z portalem www.o-wojnie.pl

Będą się tam od czasu do czasu ukazywać moje teksty dotyczące XVII-wiecznej wojskowości. Na dobry początek wybrałem trzy wątki z bloga, rozszerzyłem je nieco, dodałem bibliografię i… już są dostępne do czytania. Być może dzięki temu trafi na te informacje więcej zainteresowanych, poza tym nie każdemu chce się przebijać przez jakieś starocie na blogu, a tu ma wszystko na tacy w jednym tekście.

http://www.o-wojnie.pl/historyczne-formacje-zbrojne/178-rajtaria-koronna-w-wojnie-ze-szwecj-1626-1629.html

http://www.o-wojnie.pl/historyczne-formacje-zbrojne/176.html

http://www.o-wojnie.pl/historyczne-formacje-zbrojne/177-dragonia-w-armii-litewskiej-1617-1629.html

Zachęcam także do pisania własnych tekstów na portal – z czego wiem każda epoka, a nie tylko XVII wiek, mile widziana. Do piór zatem!

niedziela, 19 września 2010

Szelmy z różnych krajów...


Przeszukując źródła i opracowania dotyczące wojny 1626-1629 próbowałem dzisiaj wykopać nieco informacji na temat krajów w których zaciągano żołnierzy do jednostek ‘cudzoziemskich’ w armii koronnej. Wiemy, że dosyć ogólnie nazywano te jednostki ‘niemieckimi’, gdyż gros żołnierzy pochodziła właśnie z krajów niemieckojęzycznych. To jest zbyt ogólne sformułowanie, próbowałem więc znaleźć nieco detali. Mało tego, mimo to wrzucam na blog, być może zachęci to kogoś do dyskusji, a może ktoś z Was będzie w stanie wskazać nowe tropy i informacje?

Jeżeli chodzi o kwestię kadry oficerskiej to sprawa wydaje się nieco łatwiejsza – tu często źródła podają nam pochodzenia danego pułkownika czy kapitana. I tak przykładowo mamy tu silną reprezentację niemieckojęzycznej szlachty z Inflant i Kurlandii (rozliczni Denhoffowie, Reinhold Rosen, oficerowie w regimencie rajtarii Abramowicza i Szmelinga), co akurat nie dziwi, wszak tradycje wojskowe były bardzo silne wśród nieco zubożałych rodów w tym regionie i kariera w armiach okolicznych państw była dobrym pomysłem na życie. Wyspy Brytyjskie to w pierwszej połowie XVII wieku źródło doskonałych żołnierzy, dlatego też znajdujemy pod komendą hetmana Koniecpolskiego takich oficerów jak Astonowie, Butlerowie, Keithowie (znów całe rodziny, tak jak w przypadku Denhoffów), Murray, Owen, Gordon czy Grim (Gryma). Cenieni byli Francuzi – nieszczęsny La Montagne który padł ofiarą gniewu hetmana Koniecpolskiego w 1628 roku, Duplesis (du Plesis) czy Ceridon. Mamy i Holendrów (Appelman, być może Winter/Winteroy), zdarzył się nawet i Szwed lojalny wobec Zygmunta III, na dodatek dowodzący regimentem (Gustav Sparre). Sporo nazwisk ma brzmienie niemieckie, co jednak nie zawsze daje nam wskazówkę skąd dokładnie pochodzą.

Jak to jednak wyglądało w przypadku samych żołnierzy? Rota Astona (być może i w jakieś części oddziały Butlerów i Kiethów) składała się ze Szkotów, zapewne także i z Anglików czy nawet Irlandczyków. Rajtaria Abramowicza to zaciągi inflanckie, zapewne głównie niemieckojęzyczne. Jeden z oddziałów Mikołaja Judyckiego (nie wiem jednak czy chodzi o jego piechotę czy też dragonię – może o obydwa oddziały?) zaciągany był na Śląsku. Jak napisał w 1627 roku kawaler maltański wielka liczba szelmów śląskich nie chcąc walczyć przeciw Szwedom uciekła – jak widać Judycki nie miał najlepszego mniemania o własnych żołnierzach, zapewne jednak i inne jednostki rekrutowano na terenie Śląska. Głównym miejscem zaciągu w 1627 roku była Saksonia, gdzie już od zimy tegoż roku Denhoffowie, za zgodą elektora, prowadzili akcję werbunkową. Musieli tylko spełnić warunek, by nie wciągać na polską służbę żołnierzy saskich i górników. Także w 1627 roku jeden z kapitanów na służbie polskiej próbował prowadzić zaciągi w Księstwie Pomorskim, nie uzyskał na to jednak zgody panującego tam Bogusława XIV. Dosyć niecodziennym, ale też i bardzo dalekowzrocznym posunięciem, było w 1629 roku zaciągnięciu regimentu Rosena – który złożony był z polskich szeregowców, mustrowanych przez cudzoziemską kadrę.

6, 8, 10, 12, 15...


W toku dyskusji na temat Wespazjana Kochowskiego na forum historycy.org pojawiła się kwestia liczebności armii koronnej broniącej Zbaraża w 1649 roku. Chciałbym się w związku z tym zatrzymać nieco nad ową kwestią i przybliżyć nieco dane źródłowe, ukazując że sprawa wcale nie jest tak prosta i jednoznaczna jak się niektórym wydaje…
Jako punkt wyjścia do liczebności wojsk w Zbarażu przyjmuje się dane obliczone przez prof. Jana Wimmera, zawarte w jego pracy Wojsko polskie w drugiej połowie XVII wieku. Obliczył on tam stan etatowy na 11 675 koni i porcji (sumując tak zaciężne jednostki państwowe jak i prywatne), opierając się przede wszystkim o Zapłatę wojsku JKMci i Rzplitej (za okres od 1.I.1649 do 31.III.1650; jest to informacja sporządzona dla komisji wojskowej w 1650 roku oraz o Płace pocztom panięcym w r. 1650 czyli listę jednostek prywatnych, walczących pod Zbarażem i Zborowem. Prof. Wimmer przyjął kilka założeń – zmniejszył etatowe stany piechoty o połowę (na skutek dezercji), pomniejszył także stany kawalerii, włącznie z odliczeniem 10 % stanu armii na ślepe poczty (kawaleria) i porcje (piechota). Dało mu to podstawę do stwierdzenia, że realne siły polskie w Zbarażu to ok. 9000 żołnierzy, wspartych przez ok. 6000 luźnej czeladzi, co razem miało dać liczbę ok. 15 000 obrońców.
Spróbujmy więc teraz przyjrzeć się, jak sprawa liczebności sił w Zbarażu wygląda w innych źródłach współczesnych. Mimo że ich autorzy często nie brali udziału w samym oblężeniu, podają jednak pewne dane – zasłyszane czy przeczytane przez nich w tym okresie. Nie mi rozsądzać, które z nich są mniej lub bardziej wiarygodne, pokazują one jednak spory ‘rozrzut’ liczb obrońców.
W diariuszu obrony Zbaraża czyli cytowanym już na blogu Aktach Anii 1649… pod datą 18 lipca znajdujemy zapis do obrony ludzi mało było, bo nas pewnie nad 10 tysięcy, a na 6 tysięcy do boju nie było. Widzimy więc, że według autora diariusza, liczba ludzi zdatnych do walki to zaledwie 6 000. Co ciekawe, w tymże diariuszu w zapisie z 10 lipca znajdujemy wzmiankę, że Polacy mieli utracić kilka tysięcy (sic!) czeladzi, zagarniętej podczas furażowania przez Tatarów.
W Diariuszu Ekspedycji Zborowoskiej… odnajdujemy informację o szczupłości wojska, które nad dwanaście tysięcy więcej go nie było. Pytanie oczywiście, czy owe 12 000 zawiera całość luźnej czeladzi w obozie zbaraskim? Nie daje nam też odpowiedzi na kwestię, jak część z owych 12 000 to żołnierze.
W Historyi panowania Jana Kazimierza… którą wydano w 1840 roku w oparciu o Klimaktery Wespazyana Kochowskiego, w jednym miejscu podano liczbę obrońców Zbaraża jako liczba wojska rachowała się 12 000, ale ledwie do boju było 6 tysięcy. W innym miejscu z kolei znów powtarza się liczba ledwo 12 000 ludzi, dodatkowo znajdujemy wzmiankę 6000 było pospólstwa, które się wraz z wojskiem zawarło w mieście Zbaraż.
Jakub Łoś w swoim pamiętniku określił liczbę na wojsko nasze oblężone, którego niebyło nad 8000. Odwieczny problem w kwestii polskich źródeł z XVII wieku (na co wskazywał Radosław Sikora w jednym ze swoich artykułów - http://www.radoslawsikora.republika.pl/materialy/zapomnianaarmia.pdf ) – czy liczba to ‘tylko’ żołnierze, bez wymienienia liczby czeladzi?
Kolejny żołnierz-pamiętnikarz, Mikołaj Jemiołowski, w swym pamiętniku daje nam wpis o wojsku ledwie we dwanaście tysięcy natenczas zebranemu (bo drugie chorągwie jeszcze były nie przyszły).
Z listu Mikołaja Ostroroga, pisanym ze Zbaraża 3 lipca 1649, a także listu Adama Kisiela, datowanym na 23 lipca tegoż roku (pisanym z niewiadomego miejsca) dowiadujemy się o fatalnym stanie oddziałów koronnych, niepełnych stanach jednostek i opuszczaniu obozu przez żołnierzy, brak jednak dokładniejszych danych które mogłyby nam ukazać, o ile zmniejszył się stan oddziałów wysłanych do obrony Zbaraża jeszcze przed samym rozpoczęciem oblężenia. Kisiel wspomina nie masz tylko dziewięć albo dziesięć tysięcy wojska danego na czoło nieprzyjacielom, nie jest to jednak potwierdzona liczba. Jednocześnie pisze on wojska połowica, które było w kompucie, nie wiemy gdzie jest. Czy jednak odnosi się tu tylko do zaciągów państwowych z 1649 roku?
Bardzo ważna jest informacja z listu Andrzeja Firleja, kasztelana bełskiego do króla (datowany ze Zbaraża 7 lipca 1649 roku). Znajdujemy tam zapis co do strony wojska W.K.Mci, że go nie było na ten czas nad cześć tysięcy, i teraz W.K.Mci podawam do wiadomości, bo lubo według Computu, który mi W.K.Mość posłałeś, miało go być dziesięć tysięcy, tedy chorągwie tak kuse, że ledwie sześć tysięcy do bitwy wylata. Mamy tu więc do czynienia z liczbą 6000 żołnierzy, są to jednak tylko siły z zaciągów państwowych. W dalszej części listu znajdujemy bowiem informację o nadchodzących oddziałach prywatnych - Sieniawskiego, czy ks. Jeremiego Wiśniowieckiego.
Z kolei anonimowy list z Lublina, datowany 14 lipca 1649 roku, podaje nam obóz nasz teraz w Zbarażu rachują więcej niż 15 tysięcy. Taką właśnie liczbę (żołnierzy + luźnej czeladzi) założył prof. Wimmer w swojej pracy.

Wiedźmy, szabla i łacina


Ostatnimi czasy zasiedziałem się nad źródłami do Powstania Chmielnickiego i przy tej okazji znalazłem opis który wzbudził moją niebywałą wesołość. Oto 2 czerwca 1649 roku Krzysztof Przyjemski w liście do kanclerza koronnego opisywał starcie wojsk koronnych z Kozakami pod Sulżenicami. Jego opis starcia jest niemal kapką w kapkę jak u Andrzej Firleja, który tego samego dnia napisał list do króla Jana Kazimierza, relacjonując to samo starcie (o którym napiszę przy innej okazji…). Przyjemski jednak dodał do swojego listu nader ciekawy detal, który wygląda niczym prosto z bogatej wyobraźni panów z Grupy Monty Pythona (stąd i odpowiednie zdjęcie). Uwaga, będzie strasznie i śmiesznie…
Między inszemi i tego zamilczeć nie chcę, że dwie babie wiedzmy, na harc przeciwko naszym wyjechały, z których jedne gdy tam coś kreśliła, jeden z naszych zajechawszy szyję jej uciął [to dopiero jest antymagia!]: drugą w taborze żywcem wzięto i przyprowadzono, na imię jej Sałochna. Ma to być sławna czarownica, i Chmielnicki siła na niej polegał, obiecując wynaleźć jakieś ziele, za którem zaraz śmierć ma być, byle ją tylko przy zdrowiu zachowano, ale contra vim mortis, nulla herba crescit in hortis [na śmierć nie ma lekarstwa], przyjdzie kiedy jej prawo drugim na przykład.
Przyjemski nie dodał jednak, w jaki sposób pozbyto się owej drugiej wiedźmy – a szkoda, byłby to zapewne niezwykle interesujący opis…

czwartek, 16 września 2010

Od Pskowa do Parkan - pokaz


Niezawodny Tomek 'Sahajdaczny' Filipkowski [oj muszę wysłać do Polski jakąś beczkę ale'a..] organizuje kolejny pokaz 'Od Pskowa do Parkan', tym razem na konwencie 'Pola Chwały'. Impreza odbywa się w dniach 25-26 września w Niepołomicach. W grach pokazowych będzie można podziwiać modele z kolekcji Tomka, jak na przykład husarię którą widać tu na zdjęciu.
Serdecznie zapraszam!
Strona internetowa konwentu:
www.polachwaly.wargaming.pl

Szwedzkie sztandary... na Wargaming Zone

Niezwykle miło mi poinformować, że zadebiutowałem artykułem na Wargaming Zone. Można się tam zapoznać z pierwszą częścią mojego tekstu o szwedzkich sztandarach zdobytych przez wojska litewskie i polskie w okresie 16600-1629. Póki co do przeczytania opisy z okresu 1600-1611 i 1621-22 w Inflantach:
http://wargaming.pl/index.php?mode=view_article&article=273
Część druga już wkrótce...

środa, 15 września 2010

Chłopięta i rzemieślniczki


Krótka notka z listu Łukasza Hulewicza, starosty zwinogrodzkiego, rotmistrza chorągwi kozackiej, który 20 marca 1651 roku pisał do stolnika ciechanowskiego o oblężeniu Winnicy, bronionej przez Kozaków pułkownika Bohuna. Jako szlachcic-kawalerzysta, zdecydowanie nie lubił on piechoty cudzoziemskiej, o której miał niskie mniemanie. Dał temu wyraz w liście, pisząc z rozgoryczeniem o stratach jazdy koronnej siła braci naszej padło, nastrzelano Towarzystwa, nabito czeladzi, bo wszędzie musimy sami. Niemieckie pludry i kabaty zgoła bić się nie chcą. A dla tego pisze że niemieckie pludry, bo PP. Officerowie małoco mają w regimentach Niemców żołnierzów dobrych i służałych, tylko niemieckiem suknem poodziewali chłopięta i rzemieślniczków, których nie wojna, ale najmniejszy niewczas zwojować może. Widzimy więc, że według Hulewicza w regimentach piechoty brakowało doświadczonych żołnierzy (weteranów Wojny Trzydziestoletniej), za to rodzimi knechci nie byli najlepszej jakości. Strój zdecydowanie nie czynił tu żołnierza…

Konie, wilki, łabędzie i reszta menażerii (w tym jeden hipogryf)


Rzadko zapuszczam się w odmęty wieku XVI, niemniej jednak tym razem trafiłem na tekst który po prostu mnie zauroczył. Jest to relacja anonimowego autora, zapewne włoskiego dworzanina jednego z posłów, obecnego przy wjeździe Henryka Walezego do Krakowa w lutym 1574 roku. Rzecz w 1845 roku przetłumaczył z włoskiego i wydał w Krakowie, jako część Ojczystych spominków w pismach do dziejów dawnej Polski…, Ambroży Grabowski. Włoch opisał w niezwykle barwny sposób pochód 8000 jezdnych, przybyłych jedynie dla widzenia Króla. Przytoczę fragment owej relacji –przyznaję że będzie to długa lektura, ale wydaje mi się że warta każdej poświęconej minuty. Zagraniczny gość wyraźnie był zafascynowany wyglądem polskiej szlachty i tym w jaki sposób próbowała ona zaprezentować się nowemu władcy. Pozostawiam brzmienie XIX-wiecznej wersji, gdzieniegdzie tylko dodając własny komentarz. Usiądźcie wygodnie, wyruszamy do Krakowa Roku Pańskiego 1574…
Zaczęły się zbliżać do miasta w pięknym bardzo szyku lekko zbrojne orszaki Panów i Xiążąt tego królestwa, pancernych [tu w znaczeniu ciężkozbrojnych rycerzy] bowiem ciężko zbrojnych tylko do 1500 liczono. Każda kompania miała swych naczelników, której ludzie szeregami po trzech postępowali: tych dzidy (proporce) [czyżby kopie z proporcami?] różnobarwne złotem i srebrem malowane. Przodem każdej jechał namiestnik właściciela chorągwi na pysznym koniu, w sutym stroju, ze złocistym buzdyganem w dłoni. Za nim dwóch paziów, za tymi dworzanin, wszyscy trzej w barwie swojego Pana, na koniach jednej maści, jednego wzrostu i w jednakich rzędach. Jeden paź niósł przyłbicę ozdobną pękiem białych piór pawich, które u jej szczytu jakby z naczynia jakiego, złączone mocno, wystrzelały z osady srebrnej lub z innego metalu. Drugi miał tarczę i miecz w pochwie, u którego rzemienie srebrem nabijane były. Dworzanin trzymał dzidę i herb. Za tym ostatnim jechała służba w liczbie 4, 5 a czasem i 8, na szłapakach [ o ile rozumiem, tu mnie specjaliści od koni zapewne poprawią, chodzi tu o konia idącego specyficznym szybkim krokiem, zwanym szłapem], wiodąc konie powodowe tureckie bachmaty, hiszpańskie ogiery i t.p.
Tu za prawdę trudno było rozstrzygać, co godniejsze podziwienia, czy doskonałość i piękność ukrasy, czy kosztowność i wspaniałość rzędów i przystrojeń? Niektóre bowiem konie były okryte jakby drobniuchną siatką z złota lub srebra, inne blachami sadzonemi drogiemi kamieniami: te znowu chociaż w zwyczajnym rynsztunku, ale czapraki to jedwabne to ze złotogłowiu i najkosztowniejszej lamy, szyte kamieniami lub ozdobione przerozmaitym haftem. Strzemiona, wędzidła i łańcuchy miasto cugli do kuli siodła przytwierdzone, zgoła wszystko złote lub srebrne. U łęku przytroczone dwa pistolety, a miecz przy lewym boku, olstry i pochwa z tejże samej materyi co i siodło. Niektóre miały na głowach kity białe, podobne do wyżej opisanej, na krzyżu rozety z pereł lub rytowanego metalu, drogimi kamieniami suto sadzonego. Za końmi powodowemi postępowali dobosze lub żele (janczarzy), dalej 4, 6ciu lub 8 trębaczy, a w niektórych chorągwiach i 12tu: ci wszyscy w barwie swojej chorągwi, które jak już powiedziano ciągnęły trójkami, z lancą w dłoni lub bez niej; każdy jednak w pancerzu lub kolczudze. Niektórzy mieli w ręku trzciny [nie mam pojęcia o co chodzi, wszelkie komentarze mile widziane] które więcej cenią nad lance. Wielu też było uzbrojonych z turecka w łuki – ci jednak nie byli rozrzuceni w porządku, ale w każdej chorągwi stanowili osobny oddział. Chorągwie niektóre miały od 600 do tysiąca koni, jak n.p. pierwsza, przodem której jechało 60 przebranych za wilków: z pomiędzy uszu konia wysuwała się głowa wilka, który ogon opierał na piersiach jeźdźca, a łapami niejako obejmował kark koński. Ci tak byli podobni i ubiorem i końmi, iż ani z wilczury ani z postaci nie można było rozróżnić jednego od drugiego. W pośrodku mieli 120 dworskich ze trzcinami, w ubiorze szkarłatnym i przyłbicą na głowie. Za tymi postępowało 300 innych w adamaszku, pod suknią kolczuga, przez ramię łańcuch złoty, w ręku lanca z proporcem białym. Z tatarów jedni uwijali się zręcznie na koniach, innych wieziono na wozach jakby w tryumfie, jeńców zchwytanych przez Polaków, za karę rabunków i napadów, których się dopuszczają.
Tu znowu 200 lekko-zbrojnych w same kolczugi, dalej kompania w zwykłym porządku, a chociaż nie tak liczna jednak piękniejsza i ciekawsza; oprócz bowiem tych koni powodowych, ukazały się nadto dwa bardzo osobliwe, jeden miał sierść kędzierzawą tak doskonale udaną, iż zupełnie wydawał się jak duży baran; drugiemu zaś tak zręcznie przyprawiono skrzydła, dziób i szpony, iż go wszyscy mieli za Hyppogryfa. Kolory tej kompanii żółty i błękitny. Pierwsze szeregi miały na pancerzach tuniki z atłasu żółtego w pasy błękitne, tarcze pokryte strusiemi piórami, podobnież rzędy i szarfy wiszące z karków końskich. Za temi w trop, oddział przybrany z moskiewska, także w postaci jeńców, każdy z trzciną w ręku, w czerwonych sukniach podbitych czarnem futrem, z przyłbicą na głowie. W odwodzie rota, gdzie koń i człowiek okryci lampartami na podziw, skąd taka onych mnogość, wystarczająca na okrycie przeszło stu koni i tyluż jeźdźców.
Dwie nadto rzeczy zwracały uwagę, najprzód: iż konie miały u grzywy po dwa skrzydła orle rozciągnione po obu stronach, od przednich nóg do głowy; podobne także skrzydła, jedno na hełmie drugie na tarczy. Powtóre: iż tarcza powleczona była cieniuchną blaszką srebrną, przytwierdzoną gwoździami, których główki wielkości orzecha pozłociste, tak, iż cała tarcza zdawała się być srebrną. Tarcze podobne zowią albańskiemi. Ukazała się następnie kompania dwoistej barwy, czarnej i białej, konie w czaprakach z czarnego axamitu, a te ozdobione srebrnemi floresami: rzędy gładkie srebrzyste, dobosz bijący w żele w skórze baraniej, piszczałek grający na piszczałce w skórze dzika, oba jak istne zwierzęta. Największe zaś obudzał podziwienie dzielny rumak, przybrany w skórę niedźwiedzią, tak wielką iż wystarczała na okrycie całego. Miał on przywiązane do kolan dzwonki, tak, iż podnosząc nadzwyczaj nogi, zdawał się idąc naśladować stąpanie niedźwiedzia. Otaczała go wielka liczba służby, przybranej obyczajem wołoskim i bułgarskim, w kożuchach wywróconych, czapkach czerwonych kształtu kaptura z dwóch stron otwartego, w ręku trzcina. Za temi oddział z węgierska w brunatnym stroju, czapeczki na głowach, złoty łańcuch przez ramię, bogaty napierśnik na koniu, lanca do ataku. Na koniec około ośmdziesięciu ze stanu rycerskiego, wszyscy odziani lamą srebrną, czarnym jedwabiem przeszywaną, przez plecy skóra rysia, konie strojne na karku i grzbiecie. Następował dalej wielki oddział ze dwiestu wynoszący, poważniej ubranych, za każdym giermek niosący hełm i tarczę żelazną, na sposób włoski. Tych zbroje okryte płaszczem z czarnego axamitu, bramowanym lamą srebrną, kapelusze czarne axamitne ze srebrnemi sznurami, rzędy na koniach tak rycerstwo jako też i paziów z tejże materyi. Ukazało się potym innych stu w ciężkiej zbroi od stóp do głów, lanca do ataku, pistolety u łęku, konie okryte drogiemi kamieniami. Dalej sześćdziesięciu dworzan z włoska przybranych w czarny axamit, ferezye srebrne lamą bramowane, podbite kunami. Miała to być barwa Biskupa krakowskiego. Ukazał się następnie orszak daleko kosztowniej odziany, i bez wątpienia o wiele piękniejszy. Ten postępował za oddziałem w adamaszku zielonym, ze skrzydłem orlem na tarczy i hełmie: składał się zaś z sześćdziesięciu dworzan, przybranych w suknie z axamitu ponsowego, podbite sobolami, ich kołpaki, jako też i czaprak okrywający konia na karku i grzbiecie, także sobolowe. W ręku u każdego buława srebrna, na plecach drogie kamienie wszywane w fontazie z jedwabnych wstążek i lamy srebrzystej. Za temi tyluż innych w axamicie gładkim także ponsowego koloru, lisami białemi podbitym, kołpaki także lisie: na szyi konia zawieszony lis biały, czapraki gronostajowe aż do ziemi.
Dalej szło 300, w szarłacie i z lancą w dłoni, na głowach końskich i na tarczach kity z białych piór pawich, tak, iż się zdawało że trzech na koniu miasto jednego. Następnie wielki oddział w przerozmaitych strojach z axamitu czarnego, srebrnej lamy i t.p., kity u kapelusza z niemiecka. Tu znowu hufce czarne i białe Xiążęcia pomorskiego, giermkowie na gniadych koniach – tak dalej różne oddziały najwspanialej przybrane (…)
Wszystko to jednak ustąpić musi wspaniałemu widowisku, jakie przedstawiała liczba niezliczona koni, celujących niezrównaną pięknością i rozmaitością. Żaden pędzel nie zdołałby zkreślić coś doskonalszego, nad owe powodowe których do 300 liczono. Sądząc więc iż wszelki opis byłby nadaremny, gdy i nawet zbliżenie się do prawdy nie podobne, zamilczeć wole [pomyślmy więc jakie wrażenie musiały sprawiać te konie, że Włoch ów nie wiedział jak je opisać..].
Przeszła nakoniec ostatnia kompania, o tyle od innych piękniejsza, o ile dowcipniej, a może i bogaciej przybrana. Ubiór jej z atłasu karmazynowego, kity z piór pawich białych, na plecach łabędź udany z rozpostartemi skrzydłami, unoszący się niejako z grzbietu konia swego aby osiąść na głowie tuż następującego. Za temi jechało na fryzach 300 Rajtarów, ubranych w axamit biały i czarny, z samopałami u łęku, w reście wielu ze stanu rycerskiego w jedwabiach z różnej barwy, płaszcze wiszące z ramienia na grubych złotych łańcuchach, miecz obosieczny, w ręku buzdygan, u niektórych buława srebrna. Było też wielu zbrojnych w łuki i srebrne sahajdaki: każdy z nich jako też i namiestnicy kompanij, mieli też wiele służby pieszej w podobnym stroju, ale mniej kosztownym.