środa, 29 czerwca 2011

Żywy obraz rycerzy pięciu a do tego husarz Chrobrego

Moja Lepsza Połowa czytuje ostatnio do poduszki książkę Elżbiety Koweckiej W salonie i w kuchni. Zwykła dzielić się ze mną co lepszymi fragmentami, bo też historie opisane tam są przepyszne. Biorąc pod uwagę tematykę bloga chciałbym zaprezentować dwie ilustracje z tej książki, ukazujące jak to ‘stylowo’ bawiono się w XIX wieku.
Na zdjęciu powyżej żywy obraz odegrany w Krakowie w 1884 roku. Nie trzeba się chyba zbyt długo zastanawiać by rozpoznać kto zacz. Na obrazie (od lewej) Skrzetuski, Rzędzian, Podbipięta, Wołodyjowski i Zagłoba. Niezłe przebieranki, prawda?
Pan poniżej jest jeszcze lepszy. Kazimierz Girtler na krakowskim balu w 1829 roku miał się przebrać za rycerza z czasów Bolesława Chrobrego. Uznał jednak najwyraźniej, że wygląda mało wykwintnie, więc postanowił urozmaicić strój przez dodanie husarskich skrzydeł.
Coś mi się wydaje, ze jeszcze kiedyś do tej wspaniałej książki wrócę, tym razem z jakimś soczystym opisem.

wtorek, 28 czerwca 2011

Beresteczko 1651 (dzień pierwszy) - in memoriam

Znów rocznica – tym razem 360-lecie bitwy pod Beresteczkiem. Fakt, że bitwa była trzydniowa, jednak jako że zaczęła się 28 czerwca więc pierwszy, nader krótki wpis już dziś (postaram się w kolejne dni batalii dodać odpowiednie notki).  

Ksiądz wzniósł kielich, który zalśnił w czerwcowym słońcu. Tysiące żołnierzy, na czele z królem i hetmanami, pochyliło głowy, jednocześnie powtarzając słowa modlitwy. W różnych językach, ale słowa znaczyły to samo:
Ave Maria, gratia plena
Pan z Tobą
Blesse art thou among women and blessed
Owoc żywota Twojego, Jezus
Helige Maria, Mutter Gottes
Ora pro nobis peccatoribus
Noine i v chas smerti nasheii
Amen!

Po drugiej stronie pola, na którym przez kolejne trzy dni przelane zostanie tyle krwi, kolejne tysiące zastygły w modlitwie. Wąsaci mołojcy i ukraińscy chłopi powtarzali za przechodzącymi pomiędzy taborem popami:
Богородице Діво, радуйся, благодатна Маріє, Господь з Тобою. Благословенна Ти між жінками і благословенний плід лона Твого, бо Ти породила Христа Спаса, Ізбавителя душ наших!

Dalej tatarscy ordyńcy, zgodnie z regułą alāh, zwracali się w stronę Qibla:
Bismillāhi r-ramāni r-raīm
Al amdu lillāhi rabbi l-'ālamīn
Ar ramāni r-raīm
Māliki yawmi d-dīn
Iyyāka na'budu wa iyyāka nasta'īn
Ihdinā -irā al-mustaqīm
irā al-laīna an'amta 'alayhim ġayril maġūbi 'alayhim walā āllīn

***

Co myśleli modląc się tego czerwcowego poranka? Błagali Najwyższego o opiekę? Wspominali najbliższych, w głębi ducha licząc, że będą jeszcze mieli okazję ich zobaczyć? A może żegnali się z życiem, w obliczu zbliżającej się bitwy godzili się z tym, że oto – już za godzinę czy dwie – mogą dotrzeć do krańca swej drogi. Czy przeklinali los, który kazał im stanąć tego akurat dnia na równinie nad Styrem? Kto wie, niektórzy może dziękowali za nadchodzącą okazję pomszczenia rodziny, przyjaciół, towarzyszy, których pożarły zachłanne szczęki wojny. Ilu drżało ze strachu, czując jak zastępuje on jakiekolwiek myśli czy uczucia które do tej pory mieli? Czy ten i ów spojrzał na wschodzące słońce, zastanawiając się, czy dane mu będzie je ujrzeć i kolejnego dnia?
Przez kolejne trzy dni dziesiątki tysięcy ludzi będą robić wszystko, by zabić tych którzy stoją po drugiej stronie pola bitwy. Nie będzie tam miejsca na litość, rannych będą deptać końskie kopyta a jeńcy pójdą pod nóż. Teraz jednak wszyscy nieświadomie łączą się we wspólnej modlitwie. Niesamowity wstęp do masowego mordowania się…

Kącik recenzenta - odsłona pierwsza

Akt unii z 1707 roku połączył królestwa Szkocji i Anglii, oficjalnie tworząc Wielką Brytanię. Dla wielu Szkotów – tak będących świadkiem owych wydarzeń jak i żyjących w kolejnych stuleciach po zawarciu unii – był to czarny dzień, kończący niepodległość Szkocji. Od tego roku,  na blisko trzy stulecia (bo aż do 1999 roku) szkocki parlament, jakże specyficzny symbol niezależności,  nie był już zwoływany. W świetle tegorocznego zwycięstwa Scottish National Party w wyborach lokalnych i powtarzającego się wśród haseł wyborczych tej partii silnego dążenia do uzyskania niepodległości zasadne wydaje się zapoznanie z okolicznościami w których doszło do zawarcia unii.
Z pomocą przychodzi tu praca doktora Pawła Hanczewskiego, Patrioci i ludzie innego rodzaju. Szkockie spory o unię 1707, w zeszłym roku wydana przez Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie doktor Hanczewski jest wykładowcą na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych.
 Recenzowany egzemplarz pochodzi z zasobów czytelni online ibuk.pl:

Temat pracy zainteresował mnie z dwóch powodów. Od kilku lat mieszkam w Szkocji, więc kwestie jej historii a także ewentualnego rozłamu Wielkiej Brytanii bardzo mnie interesują. Miałem także przyjemność, studiując na UMK, uczęszczać na zajęcia prowadzone przez dr Hanczewskiego. Znając jego talent do snucia bardzo ciekawych opowieści, byłem ciekaw jak będzie to wyglądało w pracy opublikowanej drukiem.
Zacznijmy od krótkiego opisu pióra samego autora:
Celem pracy jest pokazanie ideologicznego wymiaru genezy unii, dzięki przedstawieniu poglądów „patriotów" i „ludzi innego rodzaju" w kwestiach uznawanych przez nich za najważniejsze. W kręgu zainteresowania znaleźli się przede wszystkim posłowie do parlamentu szkockiego, publicyści oraz duchowni. Pozostali, znacznie liczniejsi aktorzy wydarzeń, choćby uczestnicy zamieszek wznoszący na ulicach Edynburga okrzyki „No Union, No Union, English Dogs", zeszli na plan dalszy. Może to prowadzić do zarzutów, że ograniczam się do „wielkich i możnych", a pomijam nurt badań noszący w historiografii brytyjskiej nazwę „politics of the people". Jednak w przypadku sporów ideologicznych jest to rozwiązanie uzasadnione. Zdecydowana większość osób wyrażała swoje zaangażowanie poprzez czyny, a refleksję intelektualną pozostawiła stosunkowo wąskiemu gronu polityków i pisarzy.
Autor opisuje nam początkowo sytuację polityczną i społeczną, prowadzącą do podpisanie aktu unii z 1707 roku. Dogłębnie tłumaczy różne koncepcje ‘Wielkiej Brytanii’ pojawiające się w Anglii i Szkocji już od początku XVII wieku. Ukazuje nam tu, jak różniły się od siebie wizje angielskie i szkockie takiego połączenia obydwu krajów.  Wszak już od 1603 roku połączone były one na zasadzie union of the crowns – czyli li i jedynie osobą władcy. Jednak na przestrzeni kolejnych 100 lat dochodziło do prób zmiany takiej unii w silniejszy układ, a z wszystkimi tego typu usiłowaniami możemy się zapoznać w pierwszym rozdziale pracy. Daje to czytelnikowi dobry wgląd w zmieniającą się sytuację i stopniowo wprowadza w okoliczności w jakich doszło do podpisania aktu unii w 1707 roku.
Dwa kolejne rozdziały poświęcone są  dwóm stronnictwom szkockim. ‘Patriotami’ byli zwolennicy niepodległej Szkocji, ‘ludźmi innego rodzaju’ zaś zwolennicy unii. Dr Hanczewski ukazuje ich racje, opierając się na bogatym materiale źródłowym, efekcie starannych badań które przeprowadził w czasie pobytu w Szkocji. Ucieka też od prostego systemu ‘czarne i białe’, gdzie przeciwnicy unii byliby przedstawieni jako patrioci a zwolennicy połączenia  z Anglią jako zdrajcy. Chociaż, jak sam przyznaje, praca pisana jest ze szkockiego punktu widzenia, ukazuje jednak  racje i idee obydwu stronnictw. Możemy więc zapoznać się z punktem widzenia współczesnych elit szkockich, ich spojrzenia na kwestię niepodległości kraju i ewentualnego połączenia z Anglią. To, przynajmniej dla mnie,  najbardziej znacząca część pracy – ciekawym czy współcześni szkoccy politycy znają tak dobrze broszury autorstwa swoich poprzedników z XVIII wieku? W bardzo ciekawy sposób dr Hanczewski ukazuje walkę stronnictw, prowadzoną przez druki i dyskusje, w kontekście ówczesnej sytuacji politycznej. Paradoksalnie, a co autor słusznie zauważa, problematyka unii Szkocji i Anglii nie zakończyła się na XVIII wieku, jest to wciąż temat bardzo żywy i silnie osadzony w teraźniejszości.
Trzy kolejne rozdziały zajmują się kwestią najbardziej kontrowersyjnych aspektów unii (widzianych tu oczywiście z punktu widzenia Szkocji i Szkotów): religii, zasad wolnego handlu a także bezpieczeństwa nowopowstałego kraju w kontekście zagrożeń zewnętrznych. Autor zajmuje się tu także kwestią monarchii i jej wpływu na zbliżenie (i oddalenie) Szkocji i Anglii wewnątrz unii. Znów widzimy, że przynajmniej część z tych aspektów – jak bezpieczeństwo zewnętrzne – jest do tej pory ważną kwestią sporów politycznych we współczesnej Wielkiej Brytanii. Dr Hanczewski ukazuje jak widziano pozycję Szkocji w ramach unii, jak na próby utworzenia Wielkiej Brytanii reagowały inne kraje, przede wszystkim Francja, tradycyjny sojusznik Szkocji i przeciwnik Anglii.
Ostatni rozdział zadaje ważkie pytanie – jak kwestia unii wpłynęła na charakter i przyszłość ‘narodu szkockiego’. To bardzo interesująca część pracy, przede wszystkim w kontekście pojawiających się coraz częściej wśród części szkockich polityków głosów nawołujących od wyjścia Szkocji z unii z Anglią. Autor próbuje unaocznić nam, co na początku XVIII wieku rozumiani pod pojęciem ‘narodu szkockiego’, w jaki sposób używano tego określenia jako przeciwwagi dla ‘narodu angielskiego’. Ważne jest tutaj podkreślenie, że zarówno ‘patrioci’ jak i ‘ludzie innego rodzaju’ byli dumni ze swego pochodzenia, chlubili się szkocką tradycją i podtrzymywali narodową dumę.
Reasumując, Patrioci i ludzie innego rodzaju. Szkockie spory o unię 1707, jest pracą bardzo interesującą i niezwykle godną polecenia – nie tylko dla studiujących XVII czy XVIII-wieczną historię Szkocji i Anglii, ale i (może przede wszystkim) dla zainteresowanych współczesnymi zagadnieniami politycznymi Wielkiej Brytanii. Ukazuje jak duży wpływ na dzisiejszą politykę mają kwestie sprzed trzech wieków, jak wiele można nauczyć się badając ten okres. Duże brawa dla dra Pawła Hanczewskiego za zajęcia się tematem – według mnie znakomicie wywiązał się z zadania, opisując tak ważny, a jednocześnie słabo do tej pory w Polsce znany fragment historii Wysp Brytyjskich.


poniedziałek, 27 czerwca 2011

Wielkie to zwycięstwo - Kieś (Wenden) 21/10/1578

[Copyright by Michał ‘Kadrinazi’ Paradowski, Edinburgh 27/06/11]

[Many thanks to Daniel Staberg for translation and comments on Swedish sources. As always, I owe You Daniel!]

Bitwa pod Kiesią (Wenden) stoczona 21 października 1578 roku jest starciem o tyle ciekawym, że mamy tu do czynienia z działaniami sojuszniczych sił Rzeczypospolitej i Szwecji, walczących ramię w ramię przeciw armii moskiewskiej. Kieś kojarzy się przede wszystkim ze starciami XVII-wiecznymi, kiedy to Litwini i Polacy ścierali się ze Szwedami, dlatego też warto przyjrzeć się nieco dokładniej epizodowi z XVI wieku. Szczęśliwie zachowało się sporo materiałów źródłowych dotyczących tej bitwy. Z powodu bariery językowej nie jestem jednak w stanie dotrzeć do materiałów rosyjskojęzycznych, za co z góry przepraszam.
15 października silne zgrupowanie moskiewskie, zależnie od źródeł spotykamy (nieco chyba zawyżoną) liczbę 18-22 000, podeszło pod bronioną przez oddziały litewskie Kieś. Dowodzili nimi wojewodowie Piotr Tatow, Wasili Woroncow, Piotr Choroszczyn i Andrij Szokłanow. Wyposażeni w silny park artyleryjski – 30 dział – Moskale podjęli działania oblężnicze. Zapewne nie liczyli się z możliwością nadejścia odsieczy, gdyż nieliczne (liczące łącznie ok. 1000 koni) chorągwie wojska inflanckiego (litewskie) porozrzucane były na leżach, nie spodziewając się tak silnego uderzenia moskiewskiego. Dowodzący obroną Kiesi Suchodolski nie zamierzał się jednak poddawać w obliczu przeważających sił przeciwnika. Przed zamknięciem pierścienia oblężenia zdążył także wysłać posłańców do Andrzeja Sapiehy, który w zastępstwie hetmana polnego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła dowodził na inflanckim teatrze działań.
Wieści z Kiesi znalazły Sapiehę w zamku Nowy Młyn pod Rygą. Rotmistrz albo porucznik hetmański w Inflanciech natychmiast udał się do Stropu, gdzie stacjonowały dwie chorągwie husarskie – jego własna oraz Zabki (łącznie ok. 300 żołnierzy). Dotarł tam rychło w czas, gdyż pod zameczek zbliżył się podjazd Tatarów moskiewskich. Niewielka grupa husarzy litewskich (jakoby 16 – bo tylko tylu miało osiodłane konie) zaatakował podjazd, zabijając kilku Tatarów. Starcie to miało tak zdemoralizować moskiewskich ordyńców, że aż 12 z nich zdezerterowało na stronę litewską i zdało Sapieże relację z sił i poczynań armii pod Kiesią.  Litewski oficer natychmiast wysłał ordynanse wzywające porozrzucane po kwaterach chorągwie do zebrania się w Stropie. Posłaniec od Suchodolskiego z Kiesi doniósł o znaczącej przewadze nieprzyjaciela, zdawano sobie więc sprawę, że zamek nie utrzyma się zbyt długo bez odsieczy. Sapieha wysłał także wieści o nadejściu armii moskiewskiej do Jörana Boije, dowodzącego sojuszniczą szwedzką armią polową w Inflantach. Szwedzi spotkali się z Sapiehą pod zamkiem Mijan – litewski i szwedzki dowódca ustalili tam plan wspólnego działania, jednocześnie oczekując na grupujące się oddziały Sapiehy. Nocą 20 października ze sporymi przygodami (sojusznicy nieco się minęli, w marszu przeszkadzał także zła pogoda) ruszono jednak pod Kieś, wysławszy uprzednio trzech posłańców do Suchodolskiego, informując o nadciągającej odsieczy.
Przyjrzyjmy się teraz jak wyglądały siły sojuszników.

I.                    Zgrupowanie litewsko-polskie Andrzeja Sapiehy
Możemy zidentyfikować siedem chorągwi jazdy:
- husarską hetmana Radziwiłła pod Andrzejem Sapiehą
- husarską Wacława Żaby (Zabki, Żabki)
- husarską porucznika królewskiego Macieja Dębińskiego
- husarską Dymitra Rahozy
- Lenarta Kietlicza
- petyhorską kniazia Hawryła Petyhorca (Petyhorskiego)
- (nieznanego typu) Zbyszewskiego
Także konno stanęły oddziały szlachty inflanckiej, w relacjach znajdujemy nazwiska kilku oficerów (w późniejszych kampaniach będą dowodzić chorągwiami zaciężnymi) – Mikołaja Korffa, Wilhelma Platera i Johana Bihringa.
Przyjmuję się, że piechotę reprezentowało ok. 400 strzelców  (taką liczbę znajdujemy u Paprockiego, wydaje mi się to jednak błędną interpretacją, o czym poniżej) kontyngent prawdopodobnie miał także na stanie działa.
Łącznie siły pod komendą Sapiehy  ocenia się na ok. 2000 ludzi.

II.                  Zgrupowanie szwedzkie Jörana Boije:
Szwedzi dysponowali 2000-2300 żołnierzy (a nie 3500, jak przyjmują polskie opracowania) i kilkoma działami. Wojsko to było podzielone na siedem oddziałów:
3 fanor (chorągwie kawalerii):
- niemiecka (najemna) Hansa Wachtmeistera
- dwie szwedzkie
      4 fänikor (chorągwie piechoty, wszystkie szwedzkie):
      - Mårtena Bullera
      - Jona Gisslessona
     - Sigvarda Jacobssona
     - (prawdopodobnie) Hansa Grota

Sprzymierzeni dotarli rankiem 21 października pod Kieś, ścierając się po drodze z podjazdami moskiewskimi.
Jako pierwsza do starcia weszła jazda moskiewska, ok. 1000 jezdnych zostało wysłanych z obozu by bronić sprzymierzonym przejścia przez bród na rzece Gawii. Wydaje się, że dowódcy moskiewscy zlekceważyli przeciwnika, wysyłają zbyt małe siły, licząc że ostrzałem z łuków uda się zatrzymać przeprawę. Jazda moskiewska została jednak szybko odrzucona od brodu celnym ogniem działek  - zależnie od źródeł było to albo litewskie albo szwedzkie armaty. Być może były to jednak działa szwedzkie, ale ustawione na rozkaz prowadzącego atak Sapiehy. Tak czy inaczej, droga na drugi brzeg została szybko utorowana. Jazda litewska i szwedzka, prowadzona przez petyhorców, przeprawiła się przez Gawię. Co ciekawe, kawalerzyści wzięli na siodła piechurów, zapewniając w ten sposób szybką przeprawę – wziąwszy każdy zasię na koń knechta. Jazda moskiewska próbowała uderzyć na pierwsze przechodzące roty, została jednak odparta celnym ostrzałem. Znów bardzo ważną rolę odegrała artyleria, bo przeprawiwszy się, i działka przeciągnąwszy, prędko je puszkarze narychtowali.
Tu znów, jak się wydaje, dowódcy moskiewscy zlekceważyli siły przeciwnika. Nie zaatakowali z całą mocą wojsk Sapiehy i Boije, przeznaczając tylko część sił do walki z odsieczą. Reszta szykowała się do planowanego szturmu na Kieś. Dało to sprzymierzonym czas na spokojne ustawienie szyku. Żołnierze Sapiehy stanęli na prawym, Szwedzi na lewym skrzydle, do tego knechci w około po obu stronach. Litewski atak miały prowadzić dwie najlepsze chorągwie husarii – Sapiehy i Dębińskiego. Szwedzi mieli nawet czas na to, by zejść z koni i pomodlić się. Litwini, do których zbliżał się już nieprzyjaciel, zsiadać z koni nie śmieli (…) tak się na koniach siedząc Panu Bogu modlili.
Litwini, dzielnie dowodzeni przez Sapiehę, prędkością a śmiałością niedługo Moskwę wsparli. Złamana jazda moskiewska uciekła do obozu, za nimi wpadli tryumfujący Litwini. Szwedzi walczyli w tym czasie z obrońcami szańców, gdzie walka musiała być bardzo ciężka, gdyż poniesiono spore straty. Uciekająca jazda moskiewska zebrała się w  lesie poza obozem i powróciła do walki.  Sapieha do oczyszczania szańców wysłał cztery sta ludzi pieszo – wydaje mi się że chodzi tu o spieszoną jazdę, a nie piechurów, gdyż ów oddział 400 ludzi został wsparty przez knechtów (czyli piechotę właśnie). Szwedzkie źródła podają także informację, że atakujące armie zostały wsparte wypadem obrońców Kiesi. O ile nie ma to potwierdzenia w polskich relacjach, o tyle wydaje się logiczne i dobrze świadczyłoby o umiejętnościach dowódczych Suchodolskiego, który wykorzystałby idealny moment na taki atak.
Kolejny moskiewski kontratak, przeprowadzony przez 1200 żołnierzy jeno z szablami, bo prochów do rusznic nie mieli, został zmasakrowany przez sprzymierzonych. Jako bydło pokłuli, że trup na trupie leżał. Zacięta walka trwała aż do zmroku – jak się wydaje wojska moskiewskie utrzymały szańce i obóz, jednak wysokie straty wpłynęły demoralizująco na carskich żołnierzy. W nocy obóz, na czele jazdy bojarskiej, opuścili wojewodowie Choroszczyn i Szokłanow, zostawiając resztę armii na pastwę sprzymierzonych.
Następnego dnia zdemoralizowane wojska moskiewskie skapitulowały, w ręce zwycięzców wpadł cały tabor i liczna artyleria. Wielu carskich kanonierów popełniło wtedy samobójstwa, wieszając się przy własnych działach.

Kwestia strat w bitwie:
Bartosz Paprocki podaje tylko straty moskiewskich wojewodów: było w tem wojszcze hetmanów ośm, z których trzech zabili naszy, dwóch pojmali, trzech ich uciekło. Wspomina także o zdobyciu 23 dział.
Hejdensztejn zachwyca się zdobytymi działami: najznaczniejsze armaty były te, które miały na sobie nazwisko i wyobrażenie: jedna wilka, jedna jastrzębia, dwie panny, dwie sokołów, a do tego kilka szwedzkich z takiemiż samemi znakami. Co do strat  ludzkich daje nam niestety tylko ogólniki: nieprzyjaciół wiele zginęło, do niewoli nie mało zabrano; z naszej strony bardzo małe były straty.
Gustav Petri określa krwawe straty moskiewskie na 6000 ludzi, podczas gdy sprzymierzeni mieli utracić tylko ok. 100 zabitych.
Bardzo dokładne i niezwykle ciekawe dane podaje Jonas Hedberg (zapewne w oparciu o list króla Jana Wazy). Armia moskiewska miała stracić 6280 zabitych, 3000 jeńców i 1720 rozproszonych po okolicy bitwy. Sprzymierzeni mieli stracić 200 Szwedów, 100 żołnierzy ryskich (piechoty w armii litewskiej?), 60 hovfolk (określenia którym nazywano konnych, chodzić tu może to szlachtę inflancką) i kilku Polaków (Litwinów). Moskiewski park artyleryjski to 6 dużych moździerzy i 14 dużych dział. Ten ostatni łup wywołał zresztą kłótnię pomiędzy sojusznikami – miał bowiem przypaść Szwedom, ale to Litwini zagarnęli go w czasie transportu do Szwedów i odmówili wydania dział.

Oczywiście nie jest to w pełni wyczerpujące opracowanie tej bitwy, wydaje mi się jednak, że nawet taka krótka forma może zainteresować Czytelników. Wszak Kieś funkcjonuje w polskiej historiografii przede wszystkim z powodu starć z XVII wieku, więc jako ciekawostkę można potraktować epizod z 1578 roku, kiedy to nasi żołnierze traktowali Szwedów jako sojuszników. Zaledwie 23 lata później przyjdzie im stanąć w tej samej okolicy już jako przeciwnicy…

Bibliografia:
Barkman, Bertil C:son, Kunglig Svea Livgardes historia II, Stockholm 1937
Bielski Marcin, Kronika polska, tom VII, Sanok 1856
Hedberg, Jonas, Kungl. Artilleriet – Medeltid och Vasatid, Stockholm 1975
Heidenstein Rajnold, Dzieje Polski od śmierci Zygmunta Augusta do roku 1594, Petersburg 1857
Kotarski Henryk, Wojsko polsko-litewskie podczas wojny inflanckiej 1576-1582. Sprawy organizacyjne. Cz. 2 [w:] Studia i Materiały do Historii Wojskowości, tom. XVII, cz.1, Warszawa 1971 
Kupisz Dariusz, Psków 1581-1582, Warszawa 2006
Paprocki Bartosz, Herby rycerstwa polskiego, Kraków 1584
Petri, Gustav, Kungl. Första livgrenadjärregementets historia I, Stockholm 1926

  

Która chorągiew po której ma iść - cz. VIII

Podałem kiedyś na blogu skład wojsk wystawionych przez województwo wileńskie latem 1654 roku:
Vorbek-Lettow podaje jednak w swoich wspomnieniach także i skład takich wojsk wystawionych rok później, w sierpniu 1655 roku, w obliczu ofensywy wojsk moskiewskich.  Chorągwią husarii, znów w zastępstwie nieobecnego Jana Kazimierza Chodkiewicza, dowodził Aleksander Wołowicz.  Jego porucznikiem był Czernecki, podstoli wileński;  chorążym był Iszora. Pułk uzupełniały chorągwie kozackie:
- Jerzego Komara, wojskiego wendeńskiego
- Jedrojcia
- Marcina Wołowicza, pisarza ziemskiego wileńskiego – pod nią więcej było jego sług, bojar aniż braci powiatowej i nie było pod nią więcej 70 koni
- Krzysztofa Patrykowskiego. Porucznikiem był tu Jan Pietkiewczi, chorążym skarbnik mozyrski Kazimierz Tronowicz. Ta chorągiew najskrytsza i najdostatniejsza była, najmniej konie ze 200, sam pamiętnikarz stanął w niej ze swym pocztem.

sobota, 25 czerwca 2011

Z okręgów Rusi pobliskich Scytii...

Cytowałem już Szymona Starowolskiego piszącego o jeździe polskiej, wypadałoby teraz podać – do kompletu – jego opis BPP, dokładnie rzecz biorąc hajduków i Kozaków zaporoskich. Wpis ilustrowany pracą autorstwa Sergeya Shamenkova:
Z pieszych zaś jedni, których zaciąga się z Polski albo Węgier, zowią się hajdukami, drudzy to Kozacy zaporoscy, z okręgów Rusi pobliskich Scytii, którzy, również jako żołnierze kozakami nazywani, mają własnego wodza oraz własną taktykę obozową.
Wszyscy zaś oni spis albo szabel i rusznic w bitwie używają, tyle że ci pierwsi jednolitą odzieży barwę otrzymują od króla, tamci, w byle jakie płaszcze odziani, prawie wszyscy konie i wozy mają, którymi następnie otaczają swoje obozy i w bitwach jako szańców albo ogrodzeń przeciw impetowi wrogów ich używają (…) i w zależności od sytuacji czy konieczności bądź to na koniach, bądź pieszo walczą, bądź wreszcie na czółna swe wsiadłszy, morzemi płyną i niepokoją tureckie dzierżawy.
Jak przeto cała prawie jazda nasza (prócz ciurów) ze szlachty jest, tak cała piechota z pospólstwa, oprócz dowódców oddziałów i oficerów hajduków. U Kozaków zaporoskich przeciwnie, tak setnicy i tysięcznicy, jak nawet i wódz sam, którego spośród swoich wybierają, chłopem jest, byleby w sztuce wojennej był biegły i w boju szczęśliwy: w przeciwnym razie zaraz go zrzucają i kogo innego na jego miejsce obierają. Jak było powiedziane, lądem i morzem Scytów taurydzkich oraz Turków ustawicznie wojną niepokoją i najczęściej bardzo głośne zwycięstwa nad nimi odnoszą, do tego stopnia, że już kilka razy w naszym wieku Konstantynopol był w trwodze.

czwartek, 23 czerwca 2011

Konkurs

A co Wy na to, by jakiś konkurs na blogu ogłosić? Do tego jeszcze jakąś nagrodę wypadałoby ufundować, żeby się przyjemniej uczestnikom zrobiło ;) Co by tu… ok, mam!
Ogłaszam konkurs na najlepszy, według Czytelników, wpis na blogu. Z dosyć zrozumiałych względów chodzi mi tu o teksty (mam nadzieję…) merytoryczne, więc wszystkie notki z tagiem ogłoszenia parafialne czy filmy są wyłączone z głosowania. Każdy z głosujących może oddać głos na maksymalnie trzy wpisy – proszę o podanie tytułu i/lub linka do wpisu, wraz z krótkim uzasadnieniem. Głosować można poprzez komentarze w tym wpisie (proszę jednak podpisać je imieniem lub nickiem pod treścią komentarza) lub wysyłając maila (zatytułowanego ‘Konkurs na blogu’) na mojego maila grimme[at]tlen.pl
Zgłoszenia można przesyłać do 15 lipca 2011 roku (piątek). Wśród głosujących zostanie rozlosowana książkowa nagroda-niespodzianka, będzie to pozycja w języku angielskim (so non Polish-speakers are welcome to take part in competition as well).
Mam nadzieję że propozycja konkursu przypadnie Wam do gustu, chętnie poczytałbym które wpisy najbardziej Was zainteresowały czy przypadły do gustu.
Pozdrawiam
Michał ‘Kadrinazi’ Paradowski

środa, 22 czerwca 2011

Wielce wygodny most królewski

Niezbyt często (nigdy?) nie wspominam na blogu o inżynierii wojskowej z XVI czy XVII wieku, wypadałoby więc się poprawić w tej materii. Zacznijmy może od kampanii pskowskiej Stefana Batorego i opisu mostu który służył armii w czasie wyprawy:
Wielką wygodę świadczy most królewski wojenny, co go w Kownie robiono na kształt tego, co po Ferdynandzie [Ferdynandzie I Habsburgu] cesarzu został był w Węgrzech. Pod Dzisną postawiono go na Dźwinie za 3 godziny; druga połowica jest go też pod samym Połockiem; barzo bezpieczny, każdą batę z pokładem, z linami, z powrozy 6 wozów ciągnie ziemią; a kiedy po wodzie, dwaj chłopi prowadzą; może i 100 000 wojska przejechać po nim, więc go może i na wodzie używać, jako i drugich łodzi do prowadzenia obłóg [taborów] wojennych.  

Piekło na wzgórzu Schellenberg

Po raz pierwszy na blogu zagości (i zapewne zadomowi się) wojna o sukcesję hiszpańską (1701-1714), ten niesamowicie interesujący z militarnego punktu widzenia konflikt. Źródeł brytyjskich do ‘ery Marlborough’ mam sporo, ale na pierwszy rzut pójdzie relacja z drugiej strony barykady. Dopadłem ostatnio wspomnienia Jeana De La Colonie, francuskiego pułkownika dowodzącego regimentem grenadierów na służbie elektora bawarskiego. Był on autorem bardzo ciekawych wspomnień z okresu 1692-1717, które w 1904 roku ukazały się w Wielkiej Brytanii jako Kroniki starego weterana [The Chronicles of an old campaigner M. De La Colonie 1692-1717] w przekładzie podpułkownika Waltera C. Horlsey. Niezwykle interesująca to lektura, gdyż Francuz miał okazję brać udział w wielu słynnych starciach.
Poniżej, w tłumaczeniu własnym, więc niekoniecznie idealnym (za co z góry przepraszam), krótki fragment zapisków pułkownika dotyczących bitwy pod Donauwörth czy też Schellenberg (funkcjonuje w historiografii pod obydwoma), mającej miejsce 2 lipca 1704 roku. 600 grenadierów De La Colonie wraz z 700 grenadierami gwardii elektorskiej krwawo odpiera pierwszy atak piechoty sprzymierzonych. Bardzo to interesujący przykład, jak taką walkę w zwarciu opisywał jeden z jej uczestników:
Nie znajduję słów odpowiednich na tyle, by opisać rzeź która miała miejsce w czasie tego pierwszego ataku, który trwał godzinę lub więcej. Walczyliśmy wręcz, odrzucając ich [sprzymierzonych] podczas gdy próbowali utrzymać się parapetu [na szańcu bawarskim]; ludzie ginęli, nadziewani na lufy i bagnety które przebijały ich wnętrzności; zadeptywali pod stopami rannych towarzyszy a nawet wydłubywali oczy przeciwników paznokciami, kiedy byli tak blisko, że nie mogli używać broni. Szczerze sądzę, że nie udałoby się nigdzie odnaleźć straszliwszego obrazu Piekła ponad [widząc] okrucieństwo z obu [walczących] stron w owej chwili.  

wtorek, 21 czerwca 2011

Okazałość i piękność rycerstwa tego - cz. II

Opis pewnej chorągwi husarskiej, autorstwa Szymona Starowolskiego, nie do końca może pełen splendoru, ale za to jaki charakterystyczny. Oj miota tu gromy na husarzy nasz słynny nauk wyzwolonych i filozofii bakałarz:
Wielka to bowiem niesprawiedliwość, iż żołnierz na parę koni służąc, rydwan [tu w znaczeniu wóz taborowy] sześcią koni ma, w którym się jego nierządnica wozi, i pacholików kilka z myślistwem, którym żywność ubogi chłopek dawać musi, sam od głodu z dziatkami swojemu umierając. Potkałem pod Rzeszowem roku przeszłego pana jednego chorągiew, która tylko sześćdziesiąt usarza miała, a wozów przy niej naliczyłem dwieście dwadzieścia i pięć, z których niemal połowa poczwórnych a poszóstnych była, nuż koni luźnych, psów, białych głów i chłopiąt pieszo, co nie miara; trzy albo cztery chorągwie piechoty w dobrym rządzie temby wyżwił, co ta zgraja na jednem stanowisku zjedli.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Malarze znani i nieznani - cz. XXIII (uzupełnienie do XXI)

W jednym z poprzednich postów o malarstwie:
nie mogłem odcyfrować cóż też oznaczało określenie ‘waargelders’ w tytule obrazu Paulusa von Hillegaerta. Wiedziałem tylko,  że to oddział tych właśnie panów rozpuszczano.  Z pomocą przyszedł tu jednak Jerzy Czajewski (pięknie dziękuję!). Okazuje się że mianem tym określano specyficzne jednostki garnizonowe w armii Zjednoczonych Prowincji. Oddziały te cykliczne rozpuszczano i znów zaciągano,  w ich skład wchodziło wielu weteranów czy inwalidów, mogły jednak służyć jako uzupełnienie jednostek armii polowej. Uzupełniam więc cykl o tą ciekawą informację, a także o fragment obrazu ukazujący zwijany oddział garnizonowy. 

niedziela, 19 czerwca 2011

Modę swawolnych żołnierzy naśladują

Kolejny fragment dzieł Szymona Starowolskiego, tym razem dotyczący strojów. Rzecz bardzo ciekawa, bo ukazująca wpływy różnych nacji z którymi przyszło nam wojować, a także mówi nam o tym, jak moda ‘wojskowa’ wpływała na ‘cywilną’:
Zagraniczne [stroje] atoli szczególną cieszą się u szlachty popularnością; żołnierze zaś najbardziej owej różnorodności strojów są sprawcami. Tak więc, gdy wojna była między nami a Moskwą [chodzi o okres Smuty], tej ostatniej zwyczajem nosiliśmy szerokie i wydłużone kiereje, futra kosztowne, gronostajami, panterami albo sobolami podbite i bardzo wysokie czapki. Potem zaś, gdyśmy z Turkami w Wołoszy wojowali [wojna chocimska 1621 roku], przejęliśmy od nich i ich sprzymierzeńców Tatarów zwyczaj przystrajania koni, pewien rodzaj płaszczy żołnierskich wydłużonych, tudzież skrócone i mocno obciśnięte kurtki. Wkrótce potem, w czasie wojny [1626-1629] w Prusach ze Szwedami, przejęliśmy od nich szerokie buty, skórzane wydłużone nagolenniki, płaszcze i inne rodzaju stroju, niemieckiemu ubiorowi podobne. I w ten sposób na przestrzeni jednego tylko dziesięciolecia trzy albo czterokrotnie wygląd wierzchniej odzieży naszej poprawialiśmy, albo raczej szpecili ustawicznym zmienianiem, ponieważ modę swawolnych żołnierzy naśladują ci, którzy w domu pozostają, młodzi zwłaszcza, aby nie różnić się, albo przynajmniej nie narażać się na wzgardę tych, którzy na niejednej wyprawie bywali. 

Trucizna, sztylet, pistolet - cz. II

Wilhelm I Orański (1533-1584), znany pod przydomkiem Cichy, Milczący lub Milczek (zależy jak przetłumaczymy), jako przywódca niderlandzki w czasie wojny z Hiszpanią był niezwykle narażony na zamachy ze strony przeciwników politycznych. Książę zginął w 1584 roku z ręki katolickiego zamachowca, jednak o tym napiszę kiedy indziej, dziś za to opis zamachu z 1582 roku, mającego miejsce w Antwerpii.
W niedzielę 18 marca 1582 roku, po porannych modłach, książę w otoczeniu licznej świty udał się do swojej rezydencji . Po wystawnym obiedzie, na cześć przebywającego u niego z gościną duka de Anjou, Wilhelm udał się na chwilę do pokoju gdzie miał się spotkać z petentem, który zwrócił się do niego z osobistą prośbą. Petentem tym był osiemnastoletni Jean Jauregay, który jednak zamiast listu czy pisemnej prośby, wymierzył w księcia pistolet i wystrzelił (co widać na rycinie). Młodzieniec przesadził jednak z ładunkiem prochu, pistolet bowiem eksplodował mu w ręku, urywając kciuk. Kula przeszyła jednak szyję księcia tuż pod szczęką, przeszła przez usta (nie uszkadzając jednak ani zębów ani języka) po czym wyszła przez policzek. Na domiar nieszczęścia broda i włosy Wilhelma zajęły się ogniem. Książę przeżył ten zamach, jednak rekonwalescencja była długotrwała, lekarze przez wiele miesięcy zabraniali mu mówić, więc w kontaktach ze współpracownikami musiał korzystać z formy pisanej.
Zszokowany Jauregay nie miał szansy na ucieczkę, został zmasakrowany przez niderlandzkich szlachciców goszczących u księcia. Niedługo potem jego ciało zostało poćwiartowane i w kawałkach wystawione na pokaz w różnych dzielnicach Antwerpii. Żmudne śledztwo wykazało, że Jauregay został namówiony do zamachu przez hiszpańskiego agenta, Gaspara de Anastro, u którego pracował jako skryba. De Anastro był kupcem operujący w Antwerpii, zdołał on jednak uciec przed niderlandzkimi śledczymi, faktycznie opuszczając miasto kilka dni przed zamachem. W  ręce  Holendrów wpadł jednak   sekretarz agenta, Antonio de Venero, który znał szczegóły spisku. Wraz z nim aresztowano Antonina Temmermana, jezuitę który w przeddzień zamachu wyspowiadał Jauregaya i  udzielił mu rozgrzeszenia. Tak de Venero jak i Temmerman po długich przesłuchaniach i torturach zostali skazani na karę śmierci, którą wykonano 28 marca 1582 roku. Książę Wilhelm wydał jednak polecenie, by egzekucję przeprowadzono szybko, nie zadając im dodatkowych cierpień. Skazańców przywiązano więc do pali na miejskim szafocie, po czym kat podciął im gardła, a ich ciała zostały poćwiartowane i wystawione na widok publiczny na bramach miejskich. Miały wisieć tam, jako groźne memento, aż do zdobycia miasta przez Hiszpanów trzy lata później. 

czwartek, 16 czerwca 2011

Kącik recenzenta - wstęp

Miło mi poinformować, że niedługo na blogu zadebiutuje nowy kącik. Moje internetowe bazgranie najwyraźniej zyskuje Czytelników, gdyż otrzymałem ostatnio bardzo interesujące zaproszenie do współpracy. Na blogu będę więc od czasu do czasu prezentował recenzje książek z oferty czytelni online wydawnictwa PWN -  ww.ibuk.pl
Samego wydawnictwa zapewne nikomu przedstawiać nie trzeba, a sam pomysł czytelni online wydaje mi się bardzo interesujący. Nie ukrywam, że fakt że od kilku lat mieszkam poza granicami Polski nie zawsze sprzyja zdobywaniu książek wydawanych w naszym kraju – stąd tym bardziej podoba mi się propozycja współpracy z ibuk.pl. Mam nadzieję, że Czytelników bloga zainteresują recenzowane prace, starał się będę zajmować książkami dotyczącymi oczywiście mojej ukochanej epoki. Jak zawsze wszelkie komentarze będą mile widziane, czy to na blogu czy na maila [grimme(at)tlen.pl]. Nie oznacza to oczywiście, że recenzje zdominują tematykę blogu (chyba że mnie nagle i inni wydawcy zasypią ofertami współpracy…*), jak sądzę 2-3 recenzje w miesiącu to dosyć nieinwazyjny (fajne określenie) acz ciekawy wątek na blogu.
Pierwszą recenzowaną pracą (właśnie w czytaniu) będzie Patrioci i ludzie innego rodzaju. Szkockie spory o unię 1707 roku, autorstwa Pawła Hanczewskiego. Klimaty szkockie, więc będzie coś o kolorycie lokalnym, do tego bardzo miło wspominam zajęcia z dr Hanczewskim z czasów moich studiów na UMK, więc straszniem ciekaw książki jego autorstwa.

*żart ( tu miałem wkleić plik dźwiękowy ze śmiejącym się Dziesiątym Doktorem Who, ale się nie udało więc będzie w formie pisemnej – cha, cha, cha) 

Barwa gwardii JKM - cz. VIII

Korzystając z Pamiętników kawalera de Beaujeu opisałem wczoraj dwie kompanie przyboczne Jana III Sobieskiego – janczarów i semenów:
Kontynuując wątek gwardii komputowej i przybocznej tego monarchy nieco informacji na temat innych oddziałów.
Mamy więc regiment infanteryi w liczbie 600 ludzi – niestety nie znalazłem opisu barwy tego regimentu, jest za to wzmianka o używaniu pik przez żołnierze. Są też rajtary lub drabanci Niemcy, przyodziani i uzbrojeni na wzór wojowników swego narodu, trzymający straż przy królu, z halabardami podczas sejmów. Zapewne chodzi tu o skwadron arkabuzerii JKM pod Janem Górzyńskim (a od 1687 pod komendą Schwerina; niestety nie wiem kto dowodził skwadronem po śmierci Górzyńskiego pod Wiedniem w 1683 roku). Jeżeli faktycznie chodzi tu o arkabuzerów to oznaczałoby to, że oddział ten faktycznie był moderowany i wyposażony na modłę niemiecką. Zresztą nawet sam król Jan III nazywał tych żołnierzy rajtarami.
Kolejny oddział opłacany ze skarbu RON był złożony z Węgrów, obecnie z polska przyodzianych, uzbrojonych w muszkiety i szable oraz siekiery, zwane obuchami. Są to hajducy (…). Jest ich paruset (…). Oddział ten dzieli się na drobniejsze grupy, dowodzone przez sierżantów [zapewne chodzi tu o dziesiętników] noszących halabardy opatrzone pod żeleźcem chorągiewkami z płótna białego lub czerwonego.
Król Jan III, oprócz wspomnianych wczoraj janczarów i semenów, miał jeszcze dwie kompanie opłacane z jego własnej szkatuły. Jedna była złożona z 30 Szwajcarów, którzy pilnowali zamku królewskiego w Warszawie. Niestety brak opisu ich wyglądu.
Bardzo ciekawą jest jednak kolejna jednostka prywatna monarchy. To licząca 150 hajduków kompania utworzona z Węgrów, którym przyszło uciekać z własnego kraju w 1687 roku. Swoją drogą żołnierze ci mogli mieć zatargi z niektórymi oddziałami króla, gdyż wszyscy ci żołnierze [hajducy] dyszą zemstą i nienawiścią ku Niemcom.  Bardzo interesująca jest informacja o ich strojach, kompania ubrana jest z węgierska, suknem czerwonym. Mieli oni zrazu wielkie białe płaszcze, wzorem Siedmiogrodzian, lecz zmieniono je następnie na kaftany, bardziej odpowiednie zwyczajem ich narodowości. Czapka ich opatrzona jest pióropuszem; dowódcy noszą pióra orle. Pierwszy dowódca nosi tygrysią skórę na plecach i wiele dziwacznego kształtu broni. Żołnierze uzbrojenie są w muszkiety i szablice.

środa, 15 czerwca 2011

Janczarzy króla Jana

Pryzmek (pozdrawiam!) wspominał na swoim blogu janczarów króla Jana III Sobieskiego:


Udało się wreszcie coś na ten temat znaleźć.
Pierwsza kompania janczarów króla Jana III Sobieskiego składała się z tureckich dezerterów i jeńców, wśród których znaleźć można było Wołochów i Mołdawian. Służyli jako straż przyboczna Jana Sobieskiego jeszcze w czasie jego hetmaństwa. Zachował się taki ich opis:
[ubrani] w turbany białe, noszone podczas większych uroczystości, nadto w suknie zielone, obuwie tureckie i inne dziwactwa. Uzbrojenie ich składa się z muszkietów, obuchów i szabel, noszonych przy boku jak myśliwskie noże, których klinga nie jest zakrzywioną, lecz prostą i szeroką, jak u kordelasa.
Ciekawa jest historia,  w jakich to okolicznościach król miał zasilić swój oddział prywatny o drugą kompanię. W 1681 roku, korzystając z zamieszania jakie wywołał przyjazd do Polski posła sułtana tureckiego, doszło do dezercji grupy żołnierzy garnizonu Kamieńca Podolskiego. Byli to piechurzy wołoscy, którym udało się zbiec z twierdzy z oficerami i sztandarem. Zapewne zmęczyły ich trudy wymagającej służby garnizonowej i postanowili zmienić pracodawcę. Interesujący był sposób w jaki opuścili oni turecką armię. Do Kamieńca przybył pewien Wołoch, były jeniec polski. Oznajmił on, że wraca na służbę sułtańską i że ma plan porwania króla polskiego. Turcy nie wiedzieli jednak, że jest on w zmowie z Polakami i że wcześniej dogadał się już z wołoskimi piechurami. Dowódca garnizonu Kamieńca wysłał Wołocha w celu porwania Jana III, jako eskortę przydając mu…  rzeczony oddział wołoskich wiarusów. Pomysłodawca dezercji pozostawił oddział w okolicach Jaworowa po czym zawitał do Pilaszkowic, gdzie zaoferował ich usługi Janowi III. Uradowany król przyjął wołoskich żołnierzy na służbę, włączając do własnych oddziałów przybocznych jako drugą  kompanię w chorągwi pieszej. 4 sierpnia 1681 roku oddział odbył popis przed monarchą i od tego czasu wierność owych zbiegów była wzorową. W ramach przybocznej chorągwi janczarskiej króla wzięli oni udział w kampanii 1683 roku, walcząc w bitwie wiedeńskiej. Mamy i opis wyglądu tej drugiej kompanii:
Król przystroił ją nieco odmienniej od pierwszej, pod względem koloru sukien i formy czapek. Te ostatnie są długie, spadające na tył głowy i obramowane szeroko futerkiem. Uzbrojenie ich, sztandary i kolory są takie same jak pierwszej.
Co ciekawe żołnierzy owej kompanii, dla odróżnienia od pierwszej, zwano semenami.
Sztandary janczarów i semenów – jeden był niebieski, drugi biały, ozdobione herbami króla i figurami orła, lwa i innymi hieroglifami. Na wzór turecki kompanie miały także orkiestrę – zlepek dziwacznych bębnów, uderzanych ze stron obu, obojów, piszczałek i pewnego rodzaju instrumentów mosiężnych, w rodzaju płaskich talerzyków uderzanych o siebie, nadro spotyka się tu rodzaj żydowskiego psalterium, czyli trójkąta ozdobionego pierścieniami, o który uderzają pałeczką. 

wtorek, 14 czerwca 2011

Armia nie żyje, niech żyje armia (i król!)

Dzień Świętego Walentego, Roku Pańskiego 1661 to ważna data dla wszystkich brytyjskich żołnierzy. Jest to bowiem symboliczna data dla armii brytyjskiej, przejście od słynnej Armii Nowego Wzoru (New Model Army – dalej jako NMA) do nowożytnej armii zawodowej. Związana jest oczywiście z restauracją panowania królewskiego rodu Stuartów, w osobie Karola II.
Generał George Monck, który za zasługi w przywróceniu monarchii został pierwszym diukiem Albemarle (pan na powyższej ilustracji) otrzymał zadanie ostatecznego rozpuszczenia po-Cromwellowskiej armii a jednocześnie stworzenia gwardii królewskiej.
14 lutego o godzinie 10 rano  na leżącym na obrzeżach londyńskiego City wzgórzu znanym jako Tower Hill zgromadziły się pozostałości NMA. Był to liczący 1000 żołnierzy regimenty piechoty generała Moncka i 170 kawalerzystów. Żołnierze odbyli ostatnią paradę, po czym komisarze królewscy podziękowali im za udział w restauracji monarchii i zapewnili że niedługo zostanie im wypłacony zaległy żołd. Weterani z NMA mieli zakrzyknąć z wielkiej radości , złożyć broń (co de facto zakończyło historię NMA), po czym podnieśli broń i zostali zaprzysiężeni jako żołnierze królewscy. Nowoutworzona armia miała być nadzwyczajną gwardią przy Jego Królewskiej Mości, którego Bóg niechaj zachowa w zdrowiu i szczęściu!  Regiment piechoty został nazwany Regimentem Pieszej Gwardii Lorda Generała (Lord General’s Regiment of Foot Guards) a kawalerzyści utworzyli Szwadron Gwardii Przybocznej Lorda Generała (Lord General’s Troop of Life Guards). Piesi gwardziści przejdą do historii jako Coldstream Guards, od nazwy wioski Coldstream w której to przekroczyli rzekę Tweed i rozpoczęli marsz do Londynu by przywrócić tron Stuartom. Jako że udało mi się zdobyć ostatnio sporo prac o armii brytyjskiej z końca XVII i początku XVIII wieku, bez wątpienia gwardziści i ich towarzysze broni nieraz zawitają jeszcze na strony blogu.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Smoleńsk 1611 - in memoriam

W ramach tworzenia nowej świeckiej tradycji na blogu kolejny wpis z cyklu ‘in memoriam’. Tym razem moją grafomanią będę się pastwił nad Czytelnikami z okazji 400-lecia zdobycia Smoleńska przez wojska JKM Zygmunta III Wazy. Tekst nie będzie jednak w nastroju świętowania, znowu chciałbym bowiem zwrócić uwagę na aspekt o którym raczej nie chcemy pamiętać.

Miasto umierało z krzykiem, wybudzone z ciężkiego letniego snu wybuchem miny. Dziesiątki metrów muru zawaliły się pod wpływem eksplozji, zwiastując nadchodzący koniec. Dzwony zaczęły bić na trwogę, wzywając obrońców do załatania wyłomu – za późno… Setki napastników wdzierały się już do miasta, niczym fala rozlewając się po ulicach. Niemieccy knechci, polscy i litewscy piechurzy, węgierscy hajducy, Kozacy – z okrzykiem tryumfu na ustach zdobywali dom za domem, kolejne baszty i wieże. Długie miesiące frustrującego oblężenia, śmierć tylu towarzyszy broni, głód i trudy kampanii; za to wszystko nareszcie można było wystawić rachunek. Spłacali go obrońcy i mieszczanie -  krwią, która płynęła szeroką strugą po ulicach miasta, płomieniami które żarłocznie pożerały domy, łzami przerażenia i bezsilności.  Powiadają, że gdy miasto pada pod ciosami szturmujących, Bóg odwraca od niego swoją twarz. Tak było i tego czerwcowego poranka, gdy nie dawano żadnego pardonu a tysiące ginęły w zażartym starciu.
Historia nazwie to potem wielkim tryumfem, o którym będzie się uczyć w szkołach lub który wykreśli się z kart historii – wszystko zależne od strony która będzie opowiadała o tym dniu. Celebrować się będzie msze, eksplodują fajerwerki, drukarnie będą wysyłać do całej Europy opisy chwalebnej walki. To wszystko przyjdzie jednak po jakimś czasie: tygodniach, miesiącach, latach. A póki co trwa rzeź, opętańczy korowód twarzy bez imion i historii. Jednak i wśród całego tego szaleństwa zachował się okruch człowieczeństwa, którego nie zdławiła do końca rządza krwi i zemsty.
… chłopczyk ma nie więcej niż pięć lat, jest straszliwie wychudzony i osłabiony. Próbuje zmusić matkę by wstała, by uciekała, ale ta nie reaguje, a spod jej ciała rozlewa się plama szkarłatu. Chłopczyk płacze bezgłośnie, otumaniony odgłosami rzezi. Wtem podbiega do niego polski piechur, w ręku trzyma zakrwawioną szablę. Staje obok dziecka, które podnosi głowę – ich wzrok spotyka się i na moment obydwaj zastygają w bezruchu. Drab zamyśla się przez chwilę, jakby coś sobie przypomniał. Wypuszcza z dłoni broń, drugą dłonią przeciera spocone czoło. Nagle klęka przy dziecku i wyciąga do niego obydwie ręce. Chłopczyk, wciąż w szoku i przerażeniu,  obejmuje piechura, Polak zamyka go bezpiecznym uścisku. Po policzkach żołnierza lecą łzy, w których przez moment lśni promień czerwcowego słońca. Dookoła nich słychać strzały, krzyki walczących i umierających, żałosny odgłos smoleńskich dzwonów. Ale ci dwaj są w owej chwili bezpieczni od całego otaczającego ich szaleństwa, nie ma znaczenia religia, narodowość czy wiek. Jest tylko dwójka płaczących ludzi, bezpieczna wysepka w oceanie chaosu... 

niedziela, 12 czerwca 2011

Usarzów i petyhorców po koni 400

W 1634 roku w obliczu zagrożenia tureckiego niektóre spośród ziem koronnych uchwaliły wystawienie wojsk powiatowych, które miano wysłać pod komendę hetmana Koniecpolskiego. Przyjrzyjmy się więc jak wyglądać  miał kontyngent wystawiony przez województwo krakowskie – zaplanowano tam wystawienie 5 chorągwi, łącznie liczących 800 koni.
Usarzów koni kopijnika czterysta podzielonych było na dwie chorągwie po 200 koni każda. Rotmistrzami husarii zostali Franciszek z Zebrzydowic Zebrzydowski i Samuel z Czarnocina Czarnocki. Druga połowa wojsk krakowskich to 400 petyhorców, podzielonych na trzy chorągwie.  Imć P. Stanisław Bełchacki koni 200, Imć P. Zygmunt Dębiński koni sto, Imć P. Stanisław Trepka koni sto.
Zaciągi te miały nayprościey y nayprędzey iść do obozu wojsk koronnych i odbyć popis przed hetmanem koronnym.  Oddziały zaciągnięto na dwie ćwierci, z żołdem 40 złotych/ćwierć dla husarzy i 30 złotych/ćwierć dla petyhorców. Rotmistrzowie husarii mieli otrzymać po 8000 złotych kontentacyi, a dowodzący petyhorcami 2000 (Dębiński i Trepka) i 4000 (Bełchacki). 

sobota, 11 czerwca 2011

Trucizna, sztylet, pistolet - cz. I

W nowym cyklu, o dosyć złowieszczym tytule, chciałbym się przyjrzeć słynnym zamachom, których ofiarami padały osobistości XVI i XVII-wiecznej Europy.  W każdym wpisie będę się starał pokazać rycinę z epoki, ukazującą zamach, a także pokrótce wspomnieć kto, kogo i z jakim skutkiem atakował. O ile to możliwe, postaram się także napisać coś o losie zamachowca/zamachowców.
Jako pierwszego witamy Franciszka de Guise (może dokładniej - François Ier de Lorraine, 2e duc de Guise), francuskiego polityka i żołnierza. Pochodzący z katolickiej rodziny, odegrał bardzo ważną rolę w początkowej fazie wojen religijnych, które wstrząsnęły Francją w drugiej połowie XVI wieku. De Guise walczył przeciw hugenotom i to z ich ręki miał odnieść śmiertelną ranę. 18 lutego 1563 roku, w obozie nieopodal Orleanu, Franciszek  został postrzelony przez Jeana de Poltrot de Mere, szlachcica udającego dezertera z armii hugenockiej. Na rycinie z epoki widzimy jak miał wyglądać zamach. Ciężko ranny de Guise zmarł sześć dni później, w odejściu do Krainy Wiecznych Łowów mieli mu pomóc lekarze, którzy zbyt radośnie zajęli się upuszczaniem krwi z pacjenta. Hugenocki zamachowiec nie przeżył zbyt długo swej ofiary. Złapany już dzień po zamachu, po procesie został skazany na śmierć przez utopienie i rozerwanie końmi. Kaźń odbyła się 18 marca i nie do końca przebiegła zgodnie z planem. Koniom nie udało się rozerwać skazańca, kaci musieli więc go poćwiartować mieczami.