niedziela, 31 stycznia 2016

Lemoniada i sorbet


Dziś piękna anegdotka z 1647 roku. Kardynał Mazarin wysłał wtedy marszałka Ludwika Burbona, znanego lepiej jako Kondeusz[1] do Katalonii. Miał on tam – na czele francusko-katalońskiej armii – zająć się oblężeniem Lleidy, na której zęby połamało sobie już kilku francuskich generałów. Impreza nie zakończyła się jednak sukcesem i Kondeusz jak niepyszny powrócił po pewnym czasie do Francji. Obroną Lleidy dowodził don Gregorio Bito, kurtuazyjny w mowie i bezwzględny w czynach. „Umilał” on czas oblegającym, często wyprowadzając z twierdzy wycieczki i nękając ich ostrzałem. Prowadził jednocześnie bardzo sympatyczną korespondencję z Kondeuszem, komplementując go ile wlezie. I tu dochodzimy do anegdotycznej sytuacji, do której doszło w  czasie jednego z „gorętszych” dni oblężenia, gdy francuski książę – jak zwykle zresztą – nie oszczędzał się i był często widoczny wśród żołnierzy pierwszej linii. Hiszpan wysłał mianowicie do francuskiego obozu dwóch czarnoskórych paziów, którzy przynieśli podarunek dla Kondeusza. Brito nakazał im oto dostarczyć lemoniadę i sorbet, by Francus mógł się odświeżyć po męczącym dniu. Urocze, prawda?



[1] A nawet Wielki Kondeusz. 

wtorek, 26 stycznia 2016

Żurawie i czaple


Kontynuujemy motywy tureckie, dziś kilka wyjątków z dzieła o przydługim tytule Wypisanie drogi tureckiej, gdym tam z posłem wielkim wielmożnym panem Andrzejem Bzickim, kasztelanem chełmskim, od króla Zygmunta Augusta posłanym roku pańskiego 1557 jeździł. Skupię się tylko na fragmentach dotyczących żołnierzy sułtańskich i ich strojów, w przyszłości zapewne jednak wrzucę też zapiski z innych dziedzin.
Janczarowie zaś wszyscy pieszo, tylko z kijem pospolicie dereniowym[1], tych są rozmaite ubiory na głowach, to jedni w zawojach, drudzy w zarkułach z białej pilśni wysoki kołpak, który się nazwa szeroko zawiesza, a skoffie mosiądzowe pozłociste, u nich i kity pierza białego czaplego. Drudzy zaś miedziane albo mosiądzowe pozłociste kołpaki mają wysokie ze skoffiami z pierzem.
Pograniczni ludzie albo służebni, którzy tam przyjeżdżają, które oni Deliami zową, ci tylko tak chodzą jako i jeżdżą  w ostrogach, z pierzem pospolicie żórawiem białem, i według tego jako który zwycięstwo otrzymał, tylko piór białych u kiwiora nosi i z bronią wielką, aby znać było ukrainnego witezia.
Są place wielki, niskie i przekopy wymurowane, gdzie się uczą strzelać z łuków i rusznic, dawszy asprę[2] od łuku na dzień, a od rusznic mało więcej, kto swojej nie ma.



[1] Opis dotyczy janczarów chodzących po ulicach Stambułu.
[2] Srebrna moneta, będąca podstawą obiegu monetarnego w Imperium Osmańskim. 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Sprawa rycerska - Mołdawianie (Wołosi)


Kończymy wreszcie opisy ze Sprawy rycerskiej…  Marcina Bielskiego, dziś pora na Mołdawian[1]. Tu autor ma dobre rozeznanie, wszak tom widział na onczas gdy z nimi bitwa była pod Obertynem[2]. Widzimy że Bielski chwali ich jako dzielnych, acz nieco prymitywnych wojowników, sporo miejsca poświęca też artylerii hospodara. 





[1] Opisywanych oczywiście jako Wołosi.
[2] W 1531 roku. 

sobota, 23 stycznia 2016

Semeni, solakowie i janczary w lampartach


Kilka dodatkowych opisów, dotyczących armii tureckiej w 1678 roku, w końcu jakaś odmiana od wyprawy na Wiedeń...
Gniński w liście do Jana III, datowanym na 16 czerwca 1678 roku, opisał armię turecką w obozie pod Sachezi nad Dunajem. Wspomina tam o deli: odważnisiów między nimi, co szalonymi zowią, wątpię by co nad tysiąc. Całej jazdy tureckiej, zresztą włącznie z semenami, miało być mniej niż 15 000. Uzbrojenie jazdy to dzida a szabla pod nogą, już i z semenami konnymi, którzy z janczarkami. Samych janczarów miało być ledwo i to wątpię 4000.
Cytowany wczoraj Samuela Proskiego Dyarusz  także wspomina o składzie armii tureckiej w wyprawie na Czehryń. Konnych chorągwi narachowało się więcej nad 600, Janczarów było 8 tysięcy. Wśród kadry oficerskiej uwagę zwraca Czorbadziejów 54 (w pancerzach, z łukami na koniach dobrych). Zachodziłem w głowę o kogo chodzi, takie spolszczenia to czasami zagwozdka. Na szczęście z pomocą przyszedł nieoceniony Rafał Szwelicki (serdecznie pozdrawiam!) i wskazał że chodzi o Corbaci. Mogli to więc być albo oficerowie dowodzący ortami janczarów albo też cywilni urzędnicy z europejskich części imperium[1]. Wersję ‘janczarską’ zdaje się potwierdzać wzmianka z 1676 roku, dotycząca eskorty tureckiej dla polskich posłów: czorbadziej Bajuk Achmet aga przystawem był naszym, który miał 4 chorągwie do prowadzenia nas z semenami pieszymi, którzy straż konną i pieszą odprawowali zawsze koło nas.
Co ciekawe, w eskorcie wielkiego wezyra znajdujemy sułtańskich solaków, którzy mieli zapewne trzymać oko na Sztandarze Proroka. Opis jest interesujący: w złotogłowych czerwonych kaftanach, w srebrnych złocistych wysokich na łokieć jak pudełko czapkach pod czarnemi kitami w ręku z berdyszkami obosiecznymi, w srebro oprawnemi, że się wszytkie srebrne zdadzą.
Kara Mustafa jachał na dropiatym koniu w szkarłatnej ferezyi bez kołnierza sobolami podszytej, w białym atlasowym żupanie, w turbancie trójgraniastym w tym, w którym na dywan zasiada. Jego przyboczni to czterech janczarów w lampartach pod wiekiemi kitami z piór jako Czorbadzieje zażywają.
Ostatni opis pochodzi z 26 czerwca, kiedy to obozu weszły wojska trzech paszów tureckich. Jeden z nich – Tapis-Achmet-Pasza – prowadził bardzo ciekawą grupę. Przed nim szło chorągwi ośm w kupie, za któremi Szpachiów[2]z Kopijnikami naliczyliśmy 150, znowu niesiono chorągwi 4, pod któremi Semenów naliczyliśmy sto kilkadziesiąt, po tym dwa buńczuki i z chorągwią, za któremi szło kilkadziesiąt koni. Dopiero prowadzono pięć koni jez[d]nich pod bechterami żelaznemi z kałkanami złocistemi. Za końmi jechał sam Pasza, sześc  szatyrów około niego w purpurowych żupanach w pasach srebrnych w pancerz. Za Paszą młodzi strojnej w pancerzach z dzidami jachało par 16. Za młodzią chorągwi trzy niesiono, ludzi kilkadziesiąt pod nimi i muzyka zwyczajna, było wszytkich koni pod 600.
Niestety reszta posiłków nie jest już tak barwnie opisana. Hali-Pasza miał poczet liczący mniej niż 500 koni, Achmet-Pasza zaś 530. Przybyło także dwóch baszów: Salanik-Bej miał 80 a Ejueduł-Bej 100 koni.




[1] Mało prawdopodobne, zważywszy na ekwipunek.
[2] Sipahów. 

piątek, 22 stycznia 2016

Z muzyką polską i turecką


Hospodarstwa mołdawskie i wołoskie rzadko goszczą na blogu, dziś znalazłem jednak bardzo ciekawe opisy, więc nieco nadrobię. Latem 1678 roku hospodarowie, jako lennicy sułtana, pojawili się ze swoimi wojskami w obozie armii tureckiej w czasie wyprawy na Czehryń. Polecam przy okazji bardzo ciekawy artykuł autorstwa Dariusza Milewskiego, tłumaczący zawiłą kwestię nazewnictwa źródłowego, czyli (cytując) w źródłach staropolskich kraj, zwany obecnie Mołdawią, to Wołoszczyzna, zaś państwo które dziś mienimy Wołoszczyzną – to Multany.
Jako pierwszy – 28 czerwca – przybył hospodar mołdawski (w diariuszu z którego pożyczam opis to oczywiście Hospodar Wołoski) Antoni Ruset[1]. Jego wojska rozbiły obóz dwie mile od tureckiego, a oficerom sułtańskim prezentowali się partiami, zapewne by nieco zafałszować prawdziwą liczbę wojska. Więc powiadano jakoby ośm tysięcy wszystkich Wołochów[2]być miało, wysłano jednak inspekcję by policzyć ich we własnym obozie. Okazało się, że jest ich tylko ok. 2000, podzielonych na 32 chorągwie: ludzi coś nad dwa tysiące i to barzo nużnych[3]. Do tego ich przydatność wojskową oceniano bardzo słabo, więcej z koszami i inszym do mostów i przepraw [niż do] robienia rynsztunkiem.
Sam Ruset pokazał się jednak z jak najlepszej strony, wjeżdżając z 200-osobową eskortą do obozu tureckiego. Tu pozwolę sobie na dłuższy fragment:
Naprzód szedł znaczek turecki, przed nim Turków koni 30, za Turkami bojarów 12, za bojarami buńczuków 2, po tym muzyka; trębaczów polskich 4 z kotłami usarskimi. Za muzyką koni powodnych 4, jeden po kozacku ubrany, drugi pod dekiem czerwonem, trzeci po turecku, czwarty z polska po usarsku[4], wszytkie konie mierne, jednak dość bogato ubrane.
Po tym sam jachał Hospodar na koniu dzielnym i bogato ubranym, około konia 4 paików[5] w purpurowych żupanach w srebrnych złocistych pasach z [h]andżarami oprawnemi, w czapkach polskich sobolich, z berdyszami nie wielkimi obosiecznymi, w rękach w srebro oprawnemi. Za Hospodarem dwóch młodszi przybranych, z łubiami oprawnemi na dobrych koniach, na ostatku dwie chorągwie w kupie z muzyką turecką.
Dwa dni później nadciągnął hospodar wołoski (czyli według źródła Hospodar Multański) Jerzy Duca na czele 4000 żołnierzy. Tu dysponujemy jeszcze ciekawszym opisem – włącznie ze sztandarami wołoskimi.
Miał chorągwie dość okryte i prawie wszyscy z strzelbą, dzidami, munderowni, insi zaś po petiorsku[6]. Miasto draganów był ze dwa tysiące ludzi z muszkietami, z bębnami dragańskimi i manierą dragańską. Przed Hospodarem szło pięćset petiorców po armaucku; za nimi dwieście w pancerzach z dzidami, wszyscy w kontuszach musułbasowych czerwonych pod rękę. Było i dwie chorągwie Tatarów Lipków, była siła Polaków. Prowadzono przed nim pięć koni po turecku pod kałkanami, sam siedział na koniu dropiatym pięknym; paików sześć około niego, w purpurowych żupanach z złocistymi pasami i [h]andżarami.
Na chorągwiach wszytkich krzyże, a na dwóch co przed samym Hetmanem Multańskim niesiono: na jednej św. Jerzy, na drugiej św. Michał malowany. Pod każdą chorągwią muzyka polska: kotły, surmy, trębacze, a za samym Hospodarem muzyka turecka.
Co ciekawe, w tym samym roku Jerzy Duca miał zastąpić Ruseta w Mołdawii, hospodarem wołoskim na jego miejsce został Serban Kantakuzen.



[1] Antonie Ruset (Rosetti), który zresztą w tymże 1678 roku utracił hospodarstwo.
[2] Czyli Mołdawian.
[3] Zmęczonych.
[4] Jak widać mieli słabość…
[5] Paziów.
[6] Petyhorsku. 

środa, 20 stycznia 2016

Insza na papierze szykować albo ołowianych chłopów na stole


We wrześniu 1653 roku w dowództwie wojsk polskich stojących pod Kamieńcem debatowano bezustannie nad planem działań przeciwko Kozakom i Tatarom. Część oficerów i dygnitarzy popierała pomysł dalszej ofensywy, inni skłonni byli na ustępstwa wobec Kozaków i wierzyli w dobre intencje Chmielnickiego. Listownie brał też udział w tych rozmowach hetman polny litewski Janusz Radziwiłł[1], który od początku był przeciwny (chybionemu jak się okazało) pomysłowi wyprawy  żwanieckiej. Jego kuriery bezustannie krążyli między Kiejdanami a obozem koronnym, tegoż dnia którego przyszła poczta, nazad oną odprawuję. Wśród korespondencji ks. Janusza zachował się jego list do brata stryjecznego czyli ks. Bogusława Radziwiłła. Hetman zawarł w nim ciekawą myśl, która jest na tyle uniwersalna – mimo upływu wielu lat – że warto ją przytoczyć[2] i zapamiętać:
Trzebaby i mnie i wielu innych o to hałasować, że nie możemy z dobrem sumieniem takich rad[3] chwalić ani sposobu prowadzenia wojny takiego, choćby nam też najbardziej zadawano, że się na wojnie nie znamy, kiedy sam skutek pokazuje że i sami[4] nie przejedli wojennego rozumu; bo insza na papierze szykować albo ołowianych chłopów na stole, insza bram i szyldwachów w mieście z ciepłej izby pilnować, insza kształtnie z kopią skoczyć i piękną zapuścić brodę, a insza rady wojennej przewodnictwo prowadzić.  



[1] De facto dowodzący armią litewską, gdyż stary i schorowany hetman wielki Janusz Kiszka nie brał udziału w walkach; zmarł zresztą w 1654 roku.
[2] Podaję wersję bez wtrąceń po łacinie, przetłumaczone one zostały przez Edwarda Kotłubaja.
[3] O kontynuowaniu wyprawy.
[4] Dygnitarze koronni. 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Zwykła sułtańska podróż do meczetu


Z zapisków dotyczących poselstwa Jana Gnińskiego do Turcyi w latach 1677-1678 możemy wyczytać wiele ciekawych informacji – dotyczących zarówno Turków, jak i owego bardzo specyficznego poselstwa. Kiedyś cytowałem opis eskorty wojewody, tym razem coś w klimatach tureckich, czyli słów kilka o tym jak sułtan i jego oficjele wybrali się do meczetu w czasie Ramadanu:
Potem jechał wezyr[1] a po lewej ręce jego, równo z nim, czego dotąd nie było przykładu, jechał Museib-pasza, zięć cesarski[2]. Pod wezyrem czołdar[3]złotem tkany, zwyczajny; rząd staroświecki, szeroki, bez kamieni, zgoła ten koń i wsiądzenie, którego po p. posła[4] na pierwszą audyencyję przysłał. Pod Museib-paszą koń także piękny, czołdar na telecie[5] w blachę złotą, srebrem haftowany, kasztami rubinowymi złotniczą robotą sadzony.
Dopieroż pokazał się dwór pieszy cesarski, to jest sułaków[6]kupa wielka pod wielkiemi, białemi indyjskimi kitami, z łuczkami w rękach maleńkimi, z kołczanami przypiętymi strzał pełnymi. Niesiono z osobna kobierzec złoty i stołek z osobna złoty, na których cesarz miał siedzieć, niesiono i zawój cesarski, nawet suknie w zawinieniu, w które się w meczecie przebrał. Między nimi ze sobą konni w deljach i strojnie masztalerze prowadzili dziewięć koni cesarskich, pod dekami same siodła kryjącymi, szkarłatnym złotem haftowanemi. Na koniach czołdry wszystkie w różne kwiaty bogato perłami haftowane, kasztami złotniczą robotą rubinowymi, szmaragdowemi, szafirowemi, djamentowemi, coraz odmienną fuzą sadzone. Rzędy takież przyznać, że bogate, konie pod kitami ale rzadkiemi, między któremi dość podłe piór były żórawie i między końmi nie głównego.
Po opisie sułtańskich pejków, mamy i samego władcę czyli Mehmed IV.  Pozwolę sobie ominąć opis jego stroju (to już może przy innej okazji), skupimy się tylko na koniu:
(…) koń pod nim pod czołdarem perłami haftowanym i kasztami diamentowymi złotniczą robotą sadzonemi. Rząd takiż i przy kitach tak jak i zawoju jak i u konia zapony takież.
Za sułtanem maszerowała następna grupa solaków, a za nimi różnych dworów drobniejszych koni kilkadziesiąt.  Co ciekawe, z meczetu Mehmed IV wracał już na innym koniu.
W relacjach z wyprawy można znaleźć wiele innych ciekawostek, więc pewnie je odkurzę i od czasu do czasu coś tu wrzucę.



[1] Kara Mustafa.
[2] Sułtański.
[3] Za Słownikiem terminologicznym sztuk pięknych: długie, wykonane z wełny okrycie konia, które zakrywa jego przód, barki i częściowo szyję.
[4] Czyli po Gnińskiego.
[5] ?
[6] Solakowie to przyboczni janczarzy sułtana, uzbrojenie w łuki. 

sobota, 16 stycznia 2016

Poczty kozaków petyhorców


Niekończąca się epopeja wyszukiwania okruchów informacji o petyhorcach. Wieki temu wspominałem o petyhorcach księcia Janusza Zasławskiego, którzy w liczbie 100 koni stanęli w obozie pod Oryninem w 1618 roku. Przeglądając dziś Organizację wojska polskiego.. autorstwa Bohdana Baranowskiego natknąłem się na ciekawą wzmiankę o tej jeździe. W dokumencie zatytułowanym Rejestr petyhorców kozaków na włości zasławskiej mieszkających[1]  można znaleźć informację, że chorągiew tych włościan liczyła 122 konie, a petyhorcy stawali w pocztach 2,3 a nawet 4 konnych. Owi kozacy petyhorcy już kiedyś występowali na blogu – w 1632 roku dwie chorągwie takich włościan wchodziły w skład wojsk prywatnych Tomasza Zamoyskiego przybyłych na elekcję do Warszawy. Zapewne i więcej magnatów mogło wystawić w swoich ziemiach takich petyhorców z sług swych ukraińskich, mam nadzieję, że kiedyś znów się uda natknąć na kolejne informacje.



[1] Z adnotacją: rkps Archiwum Sanguszków w Wojewódzkim Archiwum Państwowym w Krakowie. 

piątek, 15 stycznia 2016

That I may swim To Thee, my Maker, in that crimson lake


James Graham, 1-szy markiz Montrose, to jeden z najbardziej znanych rojalistycznych dowódców w czasie Angielskiej Wojny Domowej. Zasłynął przede wszystkim z roku cudów[1], który to rok krwawo zapisał się w historii popierającego Anglię klanu Campbell – górale i Irlandczycy służący pod komendą Montrose przysłowiowym ogniem i mieczem splądrowali bowiem ziemie Argylle’a i jego Campbelli. Montrose był zaiste mistrzem przegranej sprawy, gdyż jeszcze w 1650 roku próbował walczyć w szkockim Highlandzie. Zdradzony przez Neila MacLeoda, pochwycony w zamku Ardverck, został przewieziony do Edynburga. Tam skazano go na śmierć i 21 maja 1650 roku zawisnął za szyję. Na tym jednak kaźń generała się nie zakończyła. Jak mówi oryginalna sentencja wyroku[2]:
(…) wisieć ma tam za szyję przez trzy godziny, aż sczeźnie; następnie ma zostać zdjęty przez kata; jego głowa, dłonie i nogi mają zostać odcięte i rozdzielone w sposób opisany poniżej, czyli: głowa ma zostać nabita na metalową pikę i powieszona przy zachodniej stronie nowego więzienia[3] w Edynburgu; jedna dłoń ma być wysłana do Perth; druga do Stirling; jedna noga wraz ze stopą do Aberdeen, druga do Glasgow.
Reszta ciała został pośpiesznie pochowana przez sześciu robotników w grobie tuż obok publicznego szafotu[4].  Tylko waleczne serce generała nie podzieliło tak smutnego losu. Zabalsamowane w pachnących proszkach i olejach przez chirurga i aptekarza Jamesa Callendera, zostało w złotym pudełku wysłanego do syna Montrose’a, przebywającego na wygnaniu we Flandrii.
W 1661 roku – po zmianie sytuacji politycznej – zwłoki generała zostały objęte amnestią. Po 11 latach (sic!) zdjęto głowę z murów więzienia, a szczątki porozrzucane po miastach Szkocji zostały przywiezione do Edynburga na honorowy pogrzeb. Montrose’a złożono w krypcie katedry Świętego Idziego, a w 1888 roku wzniesiono tam piękne mauzoleum. Kilka zdjęć z tego miejsca można zobaczyć w albumie na moim FB.

Montrose miał zostawić po sobie poemat, który wyskrobał diamentem na oknie swojej celi. Pozwolę sobie zacytować całość w oryginale, bez beznadziejnych prób tłumaczenia:

Let them bestow on every airt a limb,
Then open all my veins, that I may swim
To Thee, my Maker, in that crimson lake,
Then place my parboiled head upon a stake;
Scatter my ashes, strow them in the air.
Lord, since Thou knowest where all these atoms are,
I'm hopeful thou'lt recover once my dust,
And confident thou'lt raise me with the just.





[1] W 1644 roku.
[2] Tłumaczenie z oryginału własne, jak zwykle luźne.
[3] Tzw. Tolbooth, znajdujący się przy słynnej High Street, nieopodal Katedry Świętego Idziego (St. Giles’ Cathedral), gdzie możemy dziś oglądać piękny nagrobek Montrose’a – patrz zdjęcie.
[4] Który znajdował się na terenie ukochanego teraz przez studentów parku The Meadows. Na miejscu gdzie stał szafot stoi teraz szkoła. 

środa, 13 stycznia 2016

Szwedzko-fińscy Attackdykare w 1656 roku


W marcu 1656 roku armii szwedzkiej, osaczonej przez oddziały koronne i litewskie, udało się wyrwać z pułapki w widłach Wisły i Sanu. Karol X Gustaw, korzystając z nieobecności zgrupowania Czarnieckiego i Lubomirskiego[1], pobił blokujących go Litwinów i ruszył  w stronę przepraw na Wieprzu. Awangardę wojsk szwedzkich prowadził pułkownik Ruther von Ascheberg, któremu powierzono pod komendę 500 rajtarów[2] i 3 kompanie dragonów. Miał on za zadanie zebrać odpowiednią ilość statków i łodzi, którymi Szwedzi mogliby się przeprawić przez Wieprz. Po dotarciu do miasteczka Skoki, Ascheberg ocenił sytuację, która nie wyglądała najlepiej. Polacy zgromadzili wszystkie środki przeprawowe na bronionym przez siebie brzegu, pilnowało ich sześć chorągwi, liczących około czterysta pięćdziesiąt koni, oprócz tego uzbrojeni mieszczanie bronili dostępu do Skoków. Pułkownik był bardzo zdeterminowany, jednak nie mogłem zwłóczyć przy nich ani minuty, niech kosztuje ile chce, gdyż musiałem zająć te statki.
Oddajmy więc głos Aschebergowi by własnymi słowami opisał atak:
Wziąłem zatem dwóch smalandzkich i dwóch fińskich rajtarów, którzy potrafili dobrze pływać, obiecałem im dwadzieścia cztery talary Rzeszy, jeśli przepłyną i sprowadzą mi jeden z tych statków. Ci rajtarzy byli tak ochoczy, że zaraz zdjęli odzienie i przygotowali się do pływania. Wtedy rozkazałem, by wszyscy dragoni i rajtarzy z karabinami i muszkietami zsiedli z koni, podeszli aż do brzegu rzeki i zaczęli strzelać salwami. Podczas tej fanfary z muszkietów i karabinów czterej rajtarzy przepłynęli szeroki i szybki nurt i udało im się trafić na statki. Ja kontynuowałem ostrzał, aż [nieprzyjaciele] ze szkodą i wstydem musieli opuścić swoje pozycje, szukając schronienia w dużym lesie. Wówczas ci czterej rajtarzy odcięli jeden duży statek i małą łódkę, i przyprowadzili do mnie. Natychmiast rozkazałem, żeby na ten duży statek wsiadło sześćdziesięciu dragonów i posłałem ich na drugą stronę, by sprowadzili mi wszystkie statki. Było tam dwadzieścia pięć dużych, jakby promów, i dziewięć łodzi. Poleciłem zaraz rajtarom i dragonom, żeby zbierali materiały jak belki, deski i temu podobne. Mogłem więc zaraz przygotować most pontonowy w dogodnym miejscu, by król mógł przejść po nim z armią bez zatrzymywania. Jako rekompensatę za to otrzymałem łaskawe podziękowanie.





[1] Które zajęły się masakrowaniem szwedzkiej ‘odsieczy’ pod Warką .
[2] Czyli zapewne jego regiment rajtarii najemnej, wzmocniony kilkoma kompaniami jazdy krajowej. 

wtorek, 12 stycznia 2016

Banda kociaków i wielbłądolampart


Ogier Ghiselin de Busnecq dawno nie gościł na blogu, pora więc by uraczył nas jakąś dykteryjką. Jako że nie mam nastroju na klimaty wojskowe, a Ezra[1] właśnie bawi się plastikowymi zwierzakami – zainspirowany jego przykładem – zajmiemy się opisem ciekawej fauny. Takie oto obserwacje zapisał cesarski dyplomata z wizyty w sułtańskim zwierzyńcu w Konstantynopolu/Stambule. Tłumaczenie (jak zwykle nieco luźne) z wersji angielskiej w moim wykonaniu:
Ujrzałem w Konstantynopolu dzikie bestie wszelkiego rodzaju – rysie, dzikie koty, pantery, lamparty[2] i lwy, tak oswojone i wytrenowane że, gdym na to patrzył, jeden z nich pozwolił swojemu opiekunowi wyciągnąć sobie z pyska owcę, którą chwilę wcześniej mu rzucono. Stwór zachowywał się bardzo spokojnie, mimo że jego zębiska splamione były (już) krwią (owcy).
Widziałem także młodego słonia, który potrafił tańczyć i bardzo sprytnie bawić się piłką. Kiedy to czytacie, jestem pewien że nie możecie się powstrzymać od uśmiechu. ‘Słoń – powiecie – tańczący i bawiący się piłką!’ A czemuż by nie? Czymże się to różni od słonia, który według Seneki chodził po linie, czy też od tego którego Pliniusz opisał jako greckiego mędrca?
(…)
Tuż przed tym jak przybyłem do Konstantynopola mieli tam wielbłądolamparta[3] (żyrafę) w menażerii; ale ja zastałem ją martwą i pochowaną. Poprosiłem jednak, by wykopano jej kości bym mógł je zbadać. Zwierzę to jest znacznie większe z przodu niż z tyłu, z tego też powodu nie nadaje się do noszenia ciężarów czy by nosić na grzbiecie jeźdźca. Zwie się wielbłądolampartem, bo jego głowa i szyja są jak u wielbłąda, a skóra jest cętkowana, jak u lamparta (pantery).



[1] Dla niezorientowanych – mój dwu i (prawie) pół letni syn.
[2] Biorąc pod uwagę, że lampart to pantera, zapewne jednym z opisywanych zwierząt jest gepard.
[3] Camelopard. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Rajtaria z małym skutkiem wojennym


Wybrany na króla w 1669 roku Michał Korybut Wiśniowiecki musiał – wzorem wcześniejszych władców – podpisać na sejmie koronacyjnym pacta conventa. Co ciekawe, „załapały” się do nich zarówno rajtaria jak i petyhorcy. Chodzi mianowicie o punkt 76, w którym król zapewniał szlachtę o narodowym charakterze wojska:
Cudzoziemską maniera ludzi nikomu etiam ex Senatus consulto zaciągać sine consensu Reipublicae nie pozwolemy a osobliwie raytaryi, które wiellkei szkody inferre zwykły, z małym skutkiem wojennym, woyska zaś oboyga narodów według zwyczaju dawnego iako to usarzów z kopiami, Petyhorców z drzewcami[1], harkabuzerów[2], Kozackie chorągwie narodow tychże[3], piechoty Węgierskiey, część także piechot cudzoziemską manierą ćwiczonych podług ordynacyi Seymowey od Rzeczyposp. Trzymać będziemy, którym szlachtę z narodow et annexis Provincijs za Oberszterów[4]dawać będziemy: dla czego to waruiemy Stanom Rzeczyposp. y obiecujemy iż ludziom cudzoziemskim listow przypowiednich wydawać nie każemy.
Jak widać nie lubiła szlachta rajtarii, oj nie lubiła. Interesujące jak wysoko znaleźli się na liście wojsk narodowych petyhorcy, których przecież nie było tak dużo w obydwu armiach. Pozytywnym – jak dla mnie – zaskoczeniem jest obecność arkabuzerów, chociaż wiemy że pod tą nazwą do komputu przemycano jednak w tym czasie rajtarię.



[1] Zapewne rohatyny.
[2] Arkabuzeria.
[3] Wydaje mi się że chodzi tu o jazdę kozacką (zarówno w Koronie jak i na Litwie), a nie Kozaków.
[4] Pułkowników. 

sobota, 9 stycznia 2016

Niby głodne wilki rzucili się na wyłożone tam potrawy


Nie mam coś ostatnio głowy do pisania na blogu, korzystając z chorobowego siedzę nad nowymi materiałami do „Ogniem i Mieczem”[1]. Poproszę więc aby jeden z mych ulubionych kronikarzy - Silahdar Mehmed aga z Fyndykły – zabrał Czytelników bloga na ucztę u Kara Mustafy w drodze na Wiedeń. Gościem wielkiego wezyra będzie nie kto inny a sam chan krymski Murad Girej (Gerej).  Ważna to uczta, bo to na niej ustalono by ruszyć na Wiedeń… Bardzo ciekawa jest zwłaszcza wzmianka o manierach (a raczej ich braku) ordyńców. 

Chan krymski jegomość Murad Gerej chan z niezliczonymi siłami szybkich jak wiatr Tatarów przyjechał do obozu wojsk monarszych[2] oraz odbył spotkanie z wodzem naczelnym.
Odbyło się to w ten sposób, że dla zaproszenia chana jegomości został wysłany najpierw wieczorem dnia poprzedniego jego własny rezydent Ali aga, natomiast tego dnia o świcie telchisczi Ismail aga oraz kaftandży Husejn aga. Za nimi wczesnym rankiem podążył na powitanie chana bejlerbej sylistryjski wezyr Mustafa pasza z Mityleny w [turbanie] kallawi oraz bejlerbej anatolijski Ahmed pasza, syn Osmana paszy, i bejlerbej rumelijski Kucziik Hasan pasza w [turbanach] miidżewweze — wszyscy ze swoimi dworami i wojskami ze swoich ejaletów. Tu natomiast, [w obozie], w pobliżu namiotu bez ścian ustawiono tace — po trzy rzędy w dwóch [miejscach] — po czym na ziemi ułożono owce, cielęta i woły — całe, z głowami i rogami, na tacach poustawiano jeszcze misy z najrozmaitszym jadłem, a ponadto porozkładano chleby i łyżki. Także w namiotach [serdara], od wejścia do nich aż do sajbanu, rozstawiono w dwóch rzędach tace z wyśmienitym jedzeniem, a w namiocie głównym przygotowano dwa stoły pełne jadła na sofie i jeden stół za baldachimem. Wśród namiotów rozbito okrągły osobny namiot dla synów chana jegomości tudzież dla innych sułtanów. Obecni tam byli wszyscy towarzysze muhzyr-agowie, agowie, muteferrikowie i czawusze, a pierwszy efendi dywanu chana jegomości przyszedł i sporządził rejestr osób, które miały być przyodziane w chylaty.
Gdy chan jegomość zajechał przed namiot bez ścian, żołnierze tatarscy, nic nie zwlekając, niby głodne wilki rzucili się na wyłożone tam potrawy i w oka mgnieniu zmietli wszystko. Bejlerbejowie rumelijski i anatolijski pierwsi pozsiadali z koni i ruszyli pieszo przed [chanem], bejlerbej sylistryjski zaś, mimo iż wezyr, przy wejściu do namiotów [serdara] także zsiadł z konia, a potem poszedł przodem [przed chanem]. Później rozwarły się [przed chanem jegomościa] przejścia [wśród namiotów]. W pewnym miejscu, w pobliżu którego ustawione były tace rzędami, witał chana jegomości kiahia bej w niewielkim destarze [na głowie] tudzież reisefendi i czawuszbaszy w [turbanach] selimi i dygnitarskich futrach, którzy wszyscy ruszyli przodem przed nim i tak doszli aż do namiotu [serdara]. Chan jegomość zsiadł z konia na taboret ustawiony pod sajbanem, a wtedy wielki wezyr [w turbanie] selimi i dygnitarskim futrze wyszedł z głębi [swoich namiotów] i przywitał się z nim o parę kroków przed baldachimem, a ruszywszy przodem, udał się [z nim] do namiotu wewnętrznego. Nureddin sułtan oraz przybyli z nim synowie chana ucałowali brzeg szaty wielkiego serdara, a następnie usiedli. Paszowie, którzy mieli rozkaz witać chana, zostali [potem] w namiocie kiahii beja. Wszyscy, którzy znajdowali się na dworze, zabrali się do jadła. Stół ustawiono również u serdara, a zasiedli do niego: serdar, chan, defterdar efendi i reisefendi.
Później zaproszono do serdara na naradę bejlerbeja damasceńskiego wezyra Abaza Sary Hasana paszę, bejlerbeja dijarbekirskiego wezyra Kara Mehmeda paszę, bejlerbeja sylistryjskiego wezyra Mustafę paszę z Mityleny tudzież bejlerbejów rumelijskiego i anatolijskiego, janczaragę, kiahię kułów, bóliikagów, dżebedżiba-szych i topczybaszych oraz kilku doświadczonych ałajbejów z pogranicza.
Radzono nad tym, w którą stronę najlepiej pójść i skierować się. [Serdar] polecił [udzielić ludziom] najpierw [odpowiedniej] nauki, więc jako pierwszy zabrał głos szejch Wani efendi, a potem prawie przez godzinę trwały mowy i obrady. Koniec końców jednomyślnie uznano, że należy iść na zamek Wiedeń. Odśpiewano tedy „Fatihę" na intencję pomyślnego zakończenia tej sprawy, a następnie zebrani rozeszli się.
Pragnąc chana jegomości uhonorować i okazać mu swoją łaskawość, przystroił go wielki serdar w krytą złotogłowiem kurtę z soboli i w chylat najprzedniejszy z przednich, w które odziano jego samego, kiedy w obecności padyszacha została mu przekazana święta chorągiew, oraz [przypiął] mu do pasa wysadzaną klejnotami szablę, a także darował mu zdobiony drogimi kamieniami kołczan. Dwaj synowie chana, Dżihan Gerej sułtan i Ałp Gerej sułtan, zostali ubrani w podbite sobolami kontusze, po czym [obaj] wymienieni tudzież nureddin sułtan oraz Husam Gerej sułtan i Feth Gerej sułtan zostali przyodziani w chylaty najprzedniejsze z przednich, a wezyr [chański] i siedmiu zaufanych [chana], jako też czterdziestu mirzów i pięćdziesięciu trzech podwładnych [chańskich] odziało chylaty przednie. Efendiemu dywanu chańskiego i jego podskarbiemu wydano łaskawie sto pięćdziesiąt kaftanów dla ludzi z ich wojska, by przyodziali w nie tych, których sami wybiorą.
Chan siedział wtedy na jednym stołku, zaś serdar na drugim. Gdy nadszedł kres [ich widzenia], chan powstał, a serdar postąpił nieco do przodu i koło zasłony [u wejścia do] namiotu głównego oddał mu [pożegnalny] selam, a następnie odszedł z powrotem w głąb [swoich namiotów]. Chan jegomość dosiadł przygotowanego [dla niego] konia, siwka z odcieniem żelaznym, ze wspaniałym rzędem i siodłem, a wymienieni paszowie, ruszywszy przodem, towarzyszyli mu w drodze prawie przez pół godziny.





[1] Pisząc już nowe rzeczy planowane na 2017 rok, bo te z 2016 już napisałem…
[2] Sułtańskich. 

wtorek, 5 stycznia 2016

Kijem z gwoździem na końcu


Wracamy do dziennika Stanisława Niemojewskiego, tym razem opisze nam on armię moskiewską z początku XVII wieku:
Sposób po te czasy wojowania narodu tego beł wszytkich na koniach zwyczajem tatarskim, jedni z łuki, drudzy z rohatynami, drudzy też sztukę żelaza albo kości do nahajki uwiązawszy. Ludzie nadzy[1], nie każdy ma szablę. Teraz już niektórzy, choczaż barzo rzadko, miewając bechtery, pancerze, misiurki, a najdują się u niektórych i zbroje (oni je płatami zowią), których u naszych dostawali, ale takich jeszcze mniej.
Potykanie się u nich także dziełem tatarskim: albo gonią gdy jem kto ucieka, albo uciekając strzelają z łuków. Naszem przyznawają, że jem trudno wtręt uczynić, ale jako się jem też noga powinie, nie trzeba się obawiać, aby się obrócić mieli. Siebie chwalą, że i potykając się biją, i uciekając.
Szkapy u nich ladajakie, ale ciało przecie trzymają, choczaż ich lada czem karmią. Dryganta[2] w wojsku nie najdzie albo rzadki.
Co jem piechoty zbędzie od ciągnienia dział, to jest chłopstwa, czerni, wieśniaków, a inakszej u nich nie masz – ci idą za jezdą z berdyszami, albo z kijami, kolkę jaką albo g(w)óźdź na koniec wbiwszy i gdy przychodzi do potrzeby, pozad ich stawają dla tego samego, aby się wojsko więtsze zdało.
Daj znajdujemy wzmiankę o utworzonych przez Iwana IV Groźnego strzelcach:
(…) we wszytkich pogranicznych grodziech strzelce  z ruszniocami, którzy acz na wojnę na koniach jeżdżą, ale gdy do potrzeby przychodzi, zsiadają z koni i szkapy puściwszy, stawają przez jezdą z rusznicami pieszo, które oni piszczelami dłuższe, a półhaki samopałmi zowią.




[1] Tj. bez uzbrojenia ochronnego.
[2] Według Encyklopedii staropolskiej Zygmunta Glogera: dryś, tak nazywano dawniej ogiera, stadnika. 

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Jeszcze więcej oficerów rajtarii JKM


Kilka miesięcy wrzucałem na blog spis oficerów rajtarii polskiej i litewskiej z okresu 1621-1629. Lista ta doczekała się dziś rozszerzenia, dodałem także kadrę oficerską spod Cecory, Chocimia, a także 1635 roku (Inflanty i Prusy). Oczywiście należy pamiętać, że wciąż jest to dość surowy szkic: brakuje tam sporo detali, do tego niektórzy oficerowie mogą występować tam w dwóch miejscach (kwestia innego zapisu nazwiska, braku imion w źródłach, etc). Stopniowo jednak rozszerzam ten spis, być może uda się go w 2016 roku dokończyć a nawet dać do druku.
Aktualna wersja do ściągnięcia z dropboxa (link w poprzednim wpisie także poprawiony).

piątek, 1 stycznia 2016

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona pierwsza


Rok 2016 zaczniemy magicznie i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Charles Ogier zapisał w swoim dzienniku, jak to francuskie poselstwo spotkało się z burmistrzem Gdańska, Imć Czirenbergiem[1]. Gdańszczanin miał opowiedzieć Francuzom kilka fascynujących historyjek, dotyczących głównie czarów i stworów ze Szwecji. Ogier pilnie wszystko zapisał, tym skwapliwiej (…) iż mówił je człowiek bystry i kalwin, a zatem człek zgoła nie tak łatwowierny. Historii jest kilka, będę je więc od czasu do czasu prezentował w odcinkach, jeden na wpis. Zaczniemy od historii szlachcianki o straszliwych skłonnościach, według tłumaczenia z łaciny autorstwa Edwina Jędrkiewicza z 1950 roku:
Była niewiasta ze szlacheckiej rodziny Ranzauów, która osławiła się zbrodniami wszelkiego rodzaju, a zrzuciwszy z siebie skromność jej płci przystojną i przybrawszy męskie szaty i zuchwalstwo, mieszała się i do wojny i do rozmaitych czynów zbrodniczych. Tę, gdy w końcu w Gdańsku człowieka zabiła, do więzienia wtrącono. Zwracano uwagę burmistrzowi, wujowi tegoż Czirenberga, człekowi uczonemu i roztropnemu, by się miał na baczności przed tej czarownicy sztukami. Kiedy pewnego razu szedł na Radę, rzucono chytrze z więzienia złożoną kartę papieru. Gdy ją pisarzowi kazał podnieść, ów zaraz po podniesieniu jej upadł na twarz i chociaż żadnej na ciele nie miał obrazy[2], nie mógł się podnieść bez pomocy towarzyszy. Rozwinięto kartkę i znaleziono w niej igiełki, włosy i insze takie drobiazgi. Ucięto w końcu głowę zbrodniczej niewieście.
Jak widać czar nie podziałał tak jak zamierzała czarownica, sprytny burmistrz nie dał się złapać w pułapkę. Ciekawe to gdańskie voodoo, idealne na sesję w „Dzikie Pola”. A w zanadrzu mam jeszcze kilka takich smaczków…




[1] Jan Zierenberg (1574-1642), od 1630 roku burmistrz Gdańska .
[2] Tj. obrażeń.