piątek, 28 kwietnia 2017

Kącik polemiki - odsłona IV


[Dla tryumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili – Edmund Burke (1729-1797)]

Tym razem dość nietypowa polemika, bo połączona z dość gorzką obserwacją. Jak zapewne część z Czytelników tego bloga wie, od wielu już lat nie mieszkam w Polsce. Bacznie jednak obserwuję co dzieje się w kraju nad Wisłą, nie tylko na rynku wydawniczym… Przyznam, że coraz bardziej szokuje mnie w Polsce rozwój pseudohistorii, zataczającej coraz szersze kręgi i zdobywającej wielu wyznawców. Na pierwszy plan wybija się tu oczywiście turbolechityzm, do którego niestety wydatnie przyczyniło się Wydawnictwo Bellona, propagując fantastykę naukową autorstwa Janusza Bieszka jako pozycje historyczne. Co gorsza, wieść niesie że Bellona zamierza teraz wydać i książkę napisaną przez Pawła Szydłowskiego – a to będzie już totalny  skok na kasę i upadek na twarz…
Niestety takie pseudohistoryczne podejście nie ominęło i mojego ukochanego XVII-wieku. Już wcześniej na blogu komentowałem turbohusarskie memy, które stają się powoli podstawą edukacji. Było tez i kilka słów o książce która miała dużo wspólnego z ciekawostkami, ale mało z historią. Tym razem chciałbym kilka słów poświęcić artykułowi Polacy na Kremlu. O krok od imperium. Jego autorem jest Piotr Zychowicz, znany skądinąd ze swoich prac dotyczących XX wieku. Omawiany tu artykuł miał powstać w 2014 roku dla miesięcznika Historia Do Rzeczy, ja zapoznałem się z nim jednak dopiero teraz, kiedy zamieszczono go na stronie internetowej.

W języku angielskim mamy idiom cherry picking, który idealnie oddaje to co możemy znaleźć w tym artykule. Tak jak zbieracz czereśni wybiera tylko najlepsze i najładniejsze okazy, tak i Autor wybrał sobie źródła, opracowania i cytaty pasujące do tezy, odrzucając te które mu nie pasowały. Ze zjawiskiem takim możemy się niestety spotkać w wielu pracach (mniej lub bardziej) historycznych – ale to już coś na inny wpis i inną opowieść.

Artykuł zaczyna się od opisu „bitwy pod Kłuszynem”. Musiałem to zawrzeć w cudzysłów, gdyż jest to fantastyka jakich mało. Jakiś zupełnie z kosmosu wzięty opis szarż husarii, szarżujących na wojska moskiewskie nijak się ma do rzeczywistego przebiegu bitwy, gdzie walka z Moskwą była ograniczona. Husaria piękna i wspaniała, do tego każdy jeden w lamparciej skórze. Na polu bitwy nie walczono z moskiewskimi rajtarami, bo też formacja taka jeszcze nie istniała. Zabawne jest sformułowanie o szwedzkich sojusznikach Rosjan i zachodnich wojskach zaciężnych, implikuje bowiem dwa różne zgrupowania. Tyle tylko że chodzi tu po prostu o wojska De la Gardie, złożone z wojsk najemnych z wielu krajów Europy, będących na żołdzie szwedzkim a wysłanych do Moskwy na mocy porozumienia z Karolem IX. Istnym majstersztykiem, typowym dla wspomnianego już cherry pickingu, jest podanie strat moskiewskich jako 17 000 zabitych. To wysoce zawyżone informacje z anonimowej relacji o bitwie, które nijak się mają do liczb podawanych przez uczestników starcia. Ale wiecie, na papierze to wygląda dobrze…

Zaraz potem Autor przechodzi do sedna, czyli snucia wizji Rzeczpospolitej od Bałtyku po Ocean Spokojny. Manipuluje przy tym faktami jak tylko się da, nie wspominając np. że hetman Żółkiewski należał do tych senatorów, którzy odradzali Zygmuntowi III mieszanie się we wrzący kocioł wewnętrznych spraw moskiewskich. Opiera się o wyliczenia Krzysztofa Warszewickiego, który zmarł w 1603 roku czyli nie mógł być świadkiem Dymitriad i zmieniającej się sytuacji na linii Rzplita-Moskwa. Kapitulację polskiego garnizonu Moskwy w 1612 roku określa jako klęskę, nie biorąc pod uwagę sytuacji w jakiej znajdował się wtedy Rzeczpospolita: zadłużona wobec wojska, którego cztery dywizje (zarówno te walczące wcześniej w Inflantach jak i w Rosji) rozlały się szeroko po ziemiach Rzplitej, paląc i rabując jakby byli w podbitym kraju. Niewydolny polski system podatkowy zalegał żołnierzom miliony złotych. Latem 1612 roku zaś w Mołdawii została zmasakrowana polska wyprawa Stefana Potockiego, która przy aprobacie króla (i z wieloma chorągwiami wojska kwarcianego) ruszyła po tron hospodarski. W Inflantach dopiero co udało się zakończyć wojnę ze Szwecją. Kraj był wyczerpany konfliktami toczonymi od 1600 roku, włącznie z rokoszem Zebrzydowskiego (czy jak to się często teraz ujmuje – sandomierskim). O tym jednak w artykule nie przeczytamy, bo nie pasuje to do przyjętej przez Autora koncepcji potężnego państwa które miało szansę stać się jeszcze potężniejsze na wieki wieków amen. Król Zygmunt III jest tu fantastą i zazdrośnikiem, a Żółkiewski to według Autora najwybitniejszy, najbardziej dalekowzroczny mąż stanu epoki. Naprawdę nie wiem jak się do tego odnieść, bo to tezy żywcem wyjęte z XIX-wiecznych opracowań. Zdobycze z rozejmu dywilińskiego to według Autora ochłapy - pewnie, Smoleńsk to wszak zupełnie nieważna twierdza, nikt się nim nigdy nie przejmował i nie koncentrowały się na nim późniejsze kampanie…  

Jakoś brak informacji, że moskiewscy bojarzy – negocjując kwestię tronu carskiego dla Władysława - nalegali na Żółkiewskiego, by ten namówił króla do odstąpienia od oblężenia Smoleńska i oddania wszystkich zajętych przez Polaków twierdz. Hetman miał się ku temu skłaniać, ale król okazał się pragmatykiem i realistą, nie zgadzając się na takie warunki. No ale to znowu nie pasuje do tezy, prawda? Brak dokładniejszego spojrzenia na różnice kulturowe między moskiewskimi bojarami i polską szlachtą, które mogłyby pokazać jak – na dłuższą metę – niemożliwa byłaby integracja. Autor pomija mechanizmy Smuty, kwestie wojny domowej będącej de facto rozgrywkami najważniejszych rodów bojarskich, które – w znacznej mierze dzięki polskim i szwedzkim „gościom” – mogły pozbywać się konkurencji i zmienić układ sił w państwie. Autor zapomina jak Filaret (Fiodor Nikiticz Romanow) pogrywał Żółkiewskiego, negocjował twardo z Zygmuntem III i manewrował moskiewską polityką – a warto pamiętać, kto został (w znacznej mierze dzięki jego polityce) carem moskiewskim w 1613 roku.

Z artykułu wyłania się niezwykle optymistyczna wizja, że gdyby tylko Zygmunt III posłuchał Żółkiewskiego i wysłał Władysława do Moskwy jako carewicza, to doszłoby do stopniowego przejęcie przez Rosję polskiej kultury i języka, tak jak to miało miejsce na Litwie. Wszystko byłoby pięknie i wspaniale, nigdy nie powstałaby potężna carska Rosja-przeciwnik Polski. To takie granie na patriotycznej trąbce, odrzucające wszystko co działo się po 1612 roku – kolejne konflikty europejskie pośrednio i bezpośrednio wpływające na Rzplitą, kolejnych władców i ich politykę, przemiany w obrębie samego kraju. Husaria pogoniła Moskwę, trzeba było to wykorzystać i słuchać Żółkiewskiego – bo przecież krew Polaków zamordowanych na Kremlu w maju 1606 roku już dawno wsiąkła w ziemię i Władysławowi włos by nie spadł z głowy.

 Może jednak niech p. Zychowicz bawi się w alternatywne historie związane z XX wiekiem, a wiek XVII pozostawi w spokoju…


czwartek, 27 kwietnia 2017

Waleczny hiszpański jezuita (i to konno)


Mieliśmy już na blogu kilku bojowych przedstawicieli polskiego i litewskiego duchowieństwa, tym razem pora na hiszpańskiego poddanego. Urodzony w 1588 roku w Brukseli Herman Hugo w wieku 17 lat wstąpił do zakonu jezuitów, a w 1613 roku przyjął święcenia kapłańskie. Osiem lat później trafił do armii Flandrii, gdzie został kapelanem samego Spinoli. Tu okazało się, że ojciec Herman ma dryg do pisania: w 1626 roku wydał bowiem relację z hiszpańskiego zdobycia Bredy, zatytułowaną Obsidio bredana. Szybko doczekała się zresztą ona tłumaczeń z łaciny na francuski, hiszpański i angielski. Dwa lata wcześniej opublikował swoją najważniejszą pracę – religijną Pia Desideria – która okazał się niezwykle popularna, doczekała się bowiem 42 edycji samej tylko wersji łacińskiej i była publikowana do połowy XVIII wieku.
Bardzo ceniony przez hiszpańskich żołnierzy, ojciec Herman towarzyszył im w kampanii 1629 roku, kiedy to padł w Rheinsbergu ofiarą plagi dziesiątkującej szeregi armii. Rok po jego śmierci ukazała się jego najważniejsza praca o tematyce wojskowej, którą chciałbym dziś polecić. To De militia equestri antiqua et noua ad regem Philippum IV libri quinque czyli podręcznik opisujący taktykę kawalerii hiszpańskiej. Temat bardzo ciekawy, bo też jazda odgrywała poboczną rolę w armii Flandrii. Rycinę na okładkę – widzimy ją powyżej – wykonał Cornelis Galle, ilustracje w samym tekście miały wyjść spod ręki Jacquesa Callota. Wydanie z 1630 roku można znaleźć na archive.org. Oczywiście przedzieranie się przez łaciński tekst (mimo że Hugo znał pięć języków, pisał tylko po łacinie) może być bardzo trudne, warto jednak zapoznać się z bardzo ciekawymi rycinami.


środa, 26 kwietnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXXIII


Dziś kontynuujemy ze zbiorami z Prado w Madrycie, dalej w temacie hiszpańskich wypraw kolonialnych. Tym razem obraz namalowany przez Felixa Castello (1595-1651), zatytułowany Odbicie wyspy San Cristobal. Jest to miejsce które winno być bliskie naszym sercom – chodzi wszak o St. Kitts i Neves, czyli kolebkę osławionego San Escobar!
Hiszpańska wyprawa, licząca 4000 ludzi na 20 okrętów, latem i jesienią 1629 roku wyrzuciła angielskich i francuskich osadników z owych wysp. Atakiem dowodził pan którego widzimy po prawej strony (w szykownym kapeluszu i czerwonej szarfie) czyli Fadrique de Toledo Osorio, dowódca wojsk hiszpańskich w Brazylii. Co ciekawe, w czasie kiedy powstawał ów obraz (koniec 1633 roku) de Toledo, po sporach z wszechwładnym Olivaresem, został pozbawiony wszelkich tytułów i wtrącany do więzienia. Został jednak szybko zrehabilitowany przez króla Filipa IV: udana ekspedycja, jak i kilka jego wcześniejszych wypraw, zapewniły mu w styczniu 1634 roku tytuł markiza de Villanueva y Valdueza. Niestety spór z Olivaresem i trudy żołnierskiego żywota podkopały mu zdrowie, zmarł bowiem w grudniu tego samego roku.

Po jego prawej stronie widzimy kolejnego hiszpańskiego oficera, prawdopodobnie jest to maestro de campo Pedro de Osorio. Na pierwszym planie po lewej stronie możemy podziwiać lądujące tercios, zwracają uwagę detale strojów i sztandarów. Na drugim planie widzimy szturmy na forty oraz hiszpańską flotę. To kolejny z przepięknych obrazów ukazujących XVII-wieczną armię hiszpańską, wspaniała ilość szczegółów które można bez końca podziwiać. 

wtorek, 25 kwietnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXXII


Wracamy do klimatów hiszpańskich, acz z nutką niderlandzką. Dzisiaj obraz, nad którym pracowało aż trzech malarzy. Pracę zaczął w 1634 roku Eugenio Cajes (1574-1634(, który jednak zmarł przed ukończeniem dzieła. Obraz przypadł więc w udziale spółce Antonio de Puga (1602-1648) i Luis Fernandez (1594-1654), którzy dokończyli go w 1635 roku.

A cóż to mamy na płótnie? To „Odzyskanie [miasta] San Juan w Puerto Rico”, przedstawiające niderlandzko-hiszpańskie starcia z jesieni 1625 roku. Panowie na pierwszym planie to hiszpański gubernator Juan de Garo i kapitan Juan de Amezqueta, dzielny dowódca fortu El Morro. Forteczkę tę widzimy zresztą na drugim planie, hiszpańscy obrońcy ostrzeliwują z niej niderlandzkie okręty. Po prawej stronie widzimy zacięte starcie: z jednej strony walczą tam hiszpańskie oddziały regularne i lokalna milicja, z drugiej niderlandzcy piechurzy. W tle płonie miasto San Juan, zrabowane a potem  podpalone na rozkaz dowodzącego atakiem Boudewijna Hendricksza. Pokonani wojacy Zjednoczonych Prowincji uciekają na plażę, skąd łodzie zabierają ich na pokłady okrętów. Cała kolonialna kampania na jednym obrazie, z pięknym studium strojów z epoki – od niderlandzkich piechurów po hiszpańskich oficerów. Płótno znajduje się obecnie w kolekcji  Museo Nacional Del Prado w Madrycie. 

niedziela, 23 kwietnia 2017

Kosy dobrze nasadzone albo widły żelazne

Podczytuję sobie różne artykuły ze starych "Przeglądów Historycznych", z całego XX wieku (i to legalnie dostępnych online). W artykule Tadeusza Nowaka, opisującym chłopskiego bohatera Potopu - Kaspra Kasprzyckiego - znalazłem bardzo ciekawe informacje dotyczące przygotowania piechoty chłopskiej w czasie blokady Krakowa jesienią 1656 roku. Dowodzący zgrupowaniem polskim Lubomirski próbował zgromadzić jak największą ilość piechurów, niezbędnych do prowadzenia oblężenia i szturmów. Pozwolę sobie zamieścić akapit z tego artykułu, bo można tam znaleźć bardzo ciekawe wątki.

sobota, 22 kwietnia 2017

Kącik polemiki - odsłona III


Dawno nic nie było w kąciku polemiki, ale szybko to naprawimy. Natknąłem się na krótki artykuł internetowy p. Michała Łukaszewskiego, zatytułowany Reformy wojskowe Gustawa II Adolfa. Można się z nim zapoznać tutaj. Niestety jest on najeżony błędami, postanowiłem się więc się nieco temu przyjrzeć. Wszystkie poniższe fragmenty kursywą to cytaty z rzeczonego artykułu. Wynotowuje co najbardziej przykuło moją uwagę, co nie znaczy że zajmę się wszystkimi błędami.

Już we wstępie widzimy, że będzie moc, czytając że król stworzył potężną armię, która wielokrotnie pokazała swą siłę na polach bitew całej Europy – Breitenfeld czy Lutzen. Jakoś nie kojarzę, by Szwedzi walczyli np. na Wyspach Brytyjskich, w Hiszpanii czy Italii, więc owa cała Europa to niezła przesada. A zaliczanie Lutzen – gdzie Szwedzi stracili króla i znaczną ilość swoich weteranów – do pokazu siły armii szwedzkiej jest grubą przesadą.

Według Autora w czasie poboru narodowego [podpowiem – nazywało się to utskrivning] z każdej dziesiątki mężczyzn na wojnę wybierał się jeden, w pełni umundurowany i uzbrojony. Co tam że w źródłach z epoki (chociażby Hoppe, Piasecki a nawet sam król Gustaw II Adolf) mamy wzmianki o obdartych szwedzkich chłopach, którzy wyglądali jakby byli oderwani od pługa. Z uzbrojeniem (dokładnie rzecz biorąc bronią białą) też bywało słabo i to właśnie w przypadku krajowej piechoty szwedzkiej. Więc na pewno nie było tak dobrze, że żołnierze byli w pełni umundurowani i uzbrojeni.
Nie jest prawdą, że trzy regimenty tworzyły brygadę. Nie było żadnej reguły, jako że brygady formowano ad hoc, a składały się z od jednego do pięciu regimentów. Gros brygad składało się zresztą z regimentów najemnych, a nie krajowych. Zapewne chodzi o tzw. brygadę szwedzką, która składała się z 3, a przejściowo 4 skwadronów piechoty. To jednak inna bajka niż regimenty.

Kompania piechoty nie składała się z 75 muszkieterów i 55 pikinierów, a z 72 muszkieterów (3 kapralstwa po 24 ludzi) i 54 pikinierów (3 kapralstwa po 18 ludzi). Muszkieterzy na pewno nie używali szabel, z kolei szturmak był dla nich wymogiem tylko w początkowej fazie wojny z Rzplitą. Nie jest prawdą, że w 1631 roku król wprowadził po raz pierwszy regiment składający się z jedynie z muszkieterów – z taką jednostką mamy już bowiem do czynienia w 1628 roku w czasie kampanii w Prusach.

Autor błędnie opisuje sztaby kompanii i regimentów piechoty:
- w sztabie kompanijnym zabrakło porucznika, chorążego, dwóch sierżantów, podchorążego (podoficera asystującego chorążemu), 4 służących. Podpowiem też – żołnierzy wyposażeni w bębny to dobosze. Brak wzmianki o passevolantach
- w sztabie regimentu nie ma w artykule podpułkownika, majora, 4 profosów, kata. Pojawił się za to oficer artylerii i sierżant-major, którzy  w regimentach szwedzkich nie występowali. Jest też dwóch zagadkowych kapitanów, których w sztabie regimentu nie było.

Owe cztery elitarne regimenty armii szwedzkiej to jednostki najemne (kolorowe regimenty), o czym Autor zdaje się nie mieć pojęcia. Co lepsze, gwardia piesza o której mamy wzmiankę kilka linijek niżej nie była jakoś wyjątkowo silna, składała się bowiem raptem z jednego regimentu i jednej (przejściowo dwóch) kompanii. Co lepsze, ów regiment to właśnie jeden z owych elitarnych regimentów (Żółty), co znów nie jest wspomniane w tekście.

Wzmianka o posiłkach niemieckich czy angielskich jest mocno kuriozalna, wskazywałaby bowiem na wsparcie sojuszników. A chodzi wszak o oddziały najemne, rekrutowane w krajach niemieckich, Anglii i Szkocji (o czym znów Autor nie wspomina). Stanowiły one zresztą od 1630 roku przeważającą większość  armii szwedzkiej.


Przechodzimy do kawalerii. Kornet jazdy to nie szwadron, tylko kompania . W sztabie kornetu w artykule znów zabrakł chorążego, za to pojawił się sołtys (to jest wręcz przepiękne!). Sztab regimentu jest w porządku, brak jednak informacji że chodzi o regiment krajowy. Generalnie Autor w przypadku kawalerii nie rozróżnia kompanii i regimentów krajowych i regimentów. W armii szwedzkiej nie było czegoś takiego jak kawaleria lekka- zwiadowcza. Nie wiem też, o co chodzi Autorowi ze stwierdzeniem o kawalerii ciężkiej – uderzeniowej, wyposażonej w dodatkowe płyty pancerne i okrycia wierzchnie. Czyżby Autor implikował, że reszta jazdy szwedzkiej walczyła bez ubrań? Ech ci Skandynawowie, tfu…

W akapicie o artylerii mamy powtórzoną za J. Teodorczykiem wyliczankę szwedzkiej artylerii pod Gniewem w 1626 roku, która jednak dotyczy całego szwedzkiego parku artyleryjskiego zabranego w tym roku do Prus. Działa te nie mogły być wszystkie użyte na polu bitwy, bo armia szwedzka nie miała po prostu na tym teatrze działań zbyt mało puszkarzy. Założenie, że jedno działo przypadało na 120 żołnierzy jest więc błędne.

Znajdujemy też cuda w typie szefa policji wojskowej czy szefa wywiadu. Pusty śmiech wzbudza stwierdzenie, że w armii szwedzkiej wprowadzono też regularną płatność żołdu żołnierzom. Zapewne problemy finansowe Królestwa Szwecji i sposób w jaki wypłacano (a raczej nie) żołd nie są Autorowi znane. Dalej czytamy, że nie wiadomo jednak, jaki by wówczas cennik na towarów spożywczych czy luksusowych – tu znów podpowiem, że jednak wiadomo, tylko XIX-wieczny amerykański oficer na którym się Autor w dużej mierze opierał miał małe pojęcie o czym pisał…

Tu przechodzimy do kwestii będącej podstawą tylu błędów Autora – fatalnego doboru bibliografii. Praca Dodge’a z 1895 roku, będąca tu najwyraźniej podstawą informacji, to przyjemna lektura, ale najeżona błędami. J. Teodorczyk zasłynął niestety z tego, że źle interpretował informacje ze Sveriges Krig, stąd też opierani się o jego badania do niczego nie prowadzi. Żeby daleko nie szukać, wciąż w sieci wisi (już od 9 lat) moje krótkie zestawienie o armii szwedzkiej, gdzie Autor znalazłby nieco dokładniejsze informacje (stare, więc jakieś tam błędy są, ale się trzyma jak Alt-Blau pod Lutzen...). Wydawane od pewnego czasu przez NapoleonaV „Szwedzkie wojny” to wciąż, mimo upływu lat, najlepsze opracowanie o armii szwedzkiej Gustawa II Adolfa i reformach króla. Ba, nawet dwa Ospreye o tej armii autorstwa Richarda Brzezinskiego to – w skondensowanej jak to w Ospreyu formie – bardzo dobre opracowanie tematu. Jeżeli więc Autor naprawdę interesuje się epoką (a widząc ile napisał takich artykułów na portalu, wnioskuję że bardzo) sugerowałbym nieco lepszy dobór lektur, zwłaszcza przed zabraniem się do pisania.



piątek, 21 kwietnia 2017

Z kubków srebrnych będzie też drużyna pić


Z jednym z wpisów opublikowanym kilka lat temu (zawsze mnie śmieszy takie stwierdzenie)  wspominałem postać znanego zagończyka, Gabriela Hołubka, który w 1587 roku dowodził obroną Rabsztyna a w 1588 roku zginął pod Byczyną. Dziś znalazłem bardzo ciekawy opis „małej wojny” jaką rotmistrz (przy wsparciu okolicznych górników) toczył z wojskami Maksymiliana pod Rabsztynem. Informacja jaką Jan Zamoyski wysłał Annie Jagiellonce nie jest zbyt obszerna, ale podkreśla sukces Hołubka. Był to dodatek do listu od kanclerza do królowej, datowanego na 17 października 1587 roku:
Po napisaniu tego listu nasi z Rapsztyna 150 junckrów jez[d]nich pod Rabsztynem i 200 pieszych porazili. Starci junkrowie byli: Hans Lokieich won Lorz, Krzysztoff won Lorz, Saifergie, Promnik. Prochu co posłali Wrocławianie Maxymilianowi pobrano wozów było 50, 20 [z tego] rozszarbali górnicy, 30 wzięto na zamek z prochy, co Wrocławianie posłali i [od] których listy są [z]naliezione, z półhaki i z inszemi rzeczami. Z kubków srebrnych będzie też drużyna pić. Pogłowia wszystkiego z woźnicami i z sługami etc. 600 liudzi nalieziono.

Łup musiał więc być znaczny,  wszak wspomniano owe srebrne kubki , widać też jak uciążliwe dla wojsk Maksymiliana musiały być działania garnizonu Rabsztyna. Ciekawa jest wzmianka o tym jak część zdobytych wozów zostało zrabowanych przez górników, najwyraźniej Hołubek miał nieco problemu z kontrolowaniem niesfornych sojuszników.  

środa, 19 kwietnia 2017

Ubrawszy się w stroje niemiecki


Krótka przerwa we wpisach ‘obrazkowych’, ale też okazja świetna – znalazłem bowiem bardzo ciekawą notkę o napadzie kujawskich chłopów na dwór Jadwigi Nieszczewskiej. Co prawda w artykule o którym to wspomniano brak dokładnej lokalizacji wydarzenia, nie też wzmianki o dacie (chodzi jednak zapewne o rok 1658), to pewien szczegół owego napadu jest niezwykle interesujący. Otóż pachołkowie chłopa Iwańskiego ze sobą się namówiszy i porozumiawszy postanowili jednej niedzielnej nocy napaść na dwór szlachcianki. Wpadli jednak na bardzo specyficzny pomysł: ubrawszy się w stroje niemiecki, cudzoziemski, zmyśliwszy sobie mowę niemiecką, zdawając się na żołnierza szwedzkiego. Trzeba przyznać, że nawet jak na warunki XVII wieku to fortel nietypowy, zwłaszcza to używanie zmyślonego języka niemieckiego. Jak widać cel uświęcał (zbójeckie) środki…

wtorek, 18 kwietnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXXI



Ostatnio sporo „siedzę” w klimatach XVII-wiecznej armii hiszpańskiej, dzięki czemu cykl „malarski” wzbogaci się o kilka wpisów. Będzie to jakiś oddech od niderlandzkich podręczników do zabaw piką i innym żelastwem.
Dziś zaprezentuje się nam Antonio de Pereda (1611-1678), który słynął z malowania martwej natury, ale i pięknych obrazów historycznych. Powyżej podziwiać możemy Odsiecz Genui, namalowaną w 1635 roku. Rzecz dotyczy hiszpańskiej wyprawy z wiosny 1625 roku, kiedy to flota hiszpańska przyszła z odsieczą Genui, oblężonej przez wojska francusko-sabaudzkie. Hiszpańskimi okrętami i przewożonymi na nich osławionymi tercios dowodził Alvaro de Bazan, drugi markiz Santa Cruz. Oficer to już wtedy nie najmłodszy (bo urodzony w 1571 roku), jednak bardzo doświadczony – przede wszystkim jako dowódca galer na Morzu Śródziemnym.
To właśnie te okręty widzimy na drugim planie, możemy na ich pokładach podziwiać groźnych weteranów hiszpańskiej piechoty. Na brzegu entuzjastycznie wita ich tłum Genueńczyków . Sam Santa Cruz, w przepięknej zbroi, wzorowanej jakoby na tej z jednego z portretów króla Filipa II,  ukazany jest w centrum. Tuż obok niego widzimy kilku oficerów hiszpańskich oraz pazia niosącego hełm swojego dowódcy.
Po lewej strony przedstawiciele rządu Republiki, na czele z dożą. Uwagę zwracają także halabardnicy (zapewne genueńscy) otaczających dożę.

Muszę przyznać, że bardzo mi się to malowidło podoba. Jak dobrze że to, jak i inne podobne dzieła, przetrwało do naszych czasów i wciąż możemy je podziwiać. Więcej Hiszpanów już wkrótce…

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

I jeszcze sztuka robienia tarczą


Obiecany - acz chyba ostatni na jakiś czas - album z kolekcji Rijksmuseum. Tym razem Adam van Breen (1585-1642) i De exercitie met de targe en rapier, wydane w 1618 roku. To dość znamienne, że w roku w którym wybuchła wojna trzydziestoletnia, w Zjednoczonych Prowincjach wydano podręcznik dotyczący zanikającej już formacji piechoty. Chodzi bowiem o rondasseurs, czyli piechurów walczących z tarczą. Van Breen ukazał nam tu wszystkie testowane w tym czasie przez Holendrów pomysły. Mamy więc standardowych tarczowników, którzy jeszcze w latach 80-tych XVI wieku występowali w kompaniach piechoty, potem pikinierów z tarczami, a nawet ciężkozbrojną piechotę z dużymi, wzorowanymi na rzymskich, tarczami którą przetestowano w 1595 roku na ćwiczeniach w obozie armii księcia Maurycego. Ekwipunek taki jednak nie był już raczej w 1618 roku używany na polach bitew, co najwyżej można go było spotkać w czasie licznych niderlandzkich oblężeń. Tak czy inaczej, pooglądać warto, album można znaleźć tutaj. Jak w przypadku albumów z de Gheynem, wersje kolorowane są późniejsze.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Sztuką robienia muszkietem i arkebuzem


Zgodnie z zapowiedzią, moich porządków w albumach z Rijksmuseum ciąg dalszy. Znów Jacob de Gheyn (i jego kopie), tym razem:
- musztra muszkieterska
- musztra arkebuzerska
Klasyka gatunku - zarówno w kwestii mundurologii jak i taktyki. Jutro kolejny album, acz już innego autora...

sobota, 15 kwietnia 2017

Sztuka robienia piką


W ramach porządków w moich kolekcjach online w Rijksmuseum (jak ja kocham te ich zbiory...) zrobiłem sobie osobny album z musztrą pikinierską według Jacoba de Gheyna. Jest tam też kilkanaście kopii jego pracy (jedną z nich widać powyżej), w końcu podręcznik ten drukowano w wielu krajach. Może się komuś przyda zgrupowane w jednym miejsce, idealne żeby spalić trochę kalorii po świątecznym obżarstwie. Album można znaleźć tutaj. Zapewne niedługo zrzucę do jednego albumu także i musztrę muszkieterską.

piątek, 14 kwietnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXX


W 1629 roku Fryderyk Henryk Orański zdołał – po trzymiesięcznym oblężeniu – zdobyć twierdzę ‘s-Hertogenbosch. Był to niesamowity wyczyn niderlandzkiej inżynierii wojskowej, zablokowano bowiem dwie rzeki (Aa i Dommel), wybudowano 40-kilometrową groblę, dzięki której stworzono polder i wypompowano z niego wodę. Dzięki temu można było na osuszonych bagnach, otaczających Bagnistego Smoka (jak nazywano twierdzę), poprowadzić linie fortyfikacji i doprowadzić oblężenie do finału. Nic dziwnego, że powstało sporo rycin i obrazów dokumentujących ten tryumf. Jedną z takich rycin, wykonaną przez naszego dobrego znanego Salomona Savery’ego (1594-1683) przedstawiam powyżej.

Na pierwszym planie widzimy tu grupę inżynierów i kopaczy – dzięki którym księciu udało się zrealizować tak trudną operację. Na drugim planie jazda, piechota i artyleria Zjednoczonych Prowincji, pośrodku zapewne sam książę ze sztabem. Dalej szczegóły samego oblężenia, a na miniaturach po prawej detale fortyfikacji oraz wybuch miny. Szczególnie urocza jest postać brodatego kopacza na pierwszym planie – wiadomo kto odwalił najgorszą robotę…

czwartek, 13 kwietnia 2017

Malarze znani i nieznani - cz. LXIX


Wieki temu zamieściłem w dwóch częściach obraz Paulusa von Hillegaerta, przedstawiający demobilizację oddziałów waargelders w Utrechcie w 1618 roku. Okazuje się, że wydarzenie to ukazał jeszcze jeden malarz. Joost Cornelisz Droochsloot (1586-1666) całe życie mieszkał w Utrechcie, więc zapewne miał okazję być świadkiem owego wydarzenia. W 1625 roku namalował więc demobilizację, w nieco innym stylu niż mistrz Paulus. Na pierwszym planie widzimy oficerów księcia Maurycego: dobrze widoczne są kolety noszone pod napierśnikami i naplecznikami. Grupa pieszych stojących przed konnym uchylającym kapelusza to zapewne przedstawiciele rady miejskiej, którzy mieli nadzorować zwijanie oddziałów. Samych waargelders widzimy z tyłu: cztery szeregi pikinierów i cztery szeregi muszkieterów, odpowiadające przepisowemu stosunkowi tych formacji w niderlandzkich regimentach. Mamy tu także sporo przykładów doboszy, oficerów (z partyzanami i halabardami). Po lewej widać ekwipunek zwiniętej kompanii: sztandar, bębny, pancerze i piki. Tego typu obrazy to bardzo ciekawe studium strojów i ekwipunku żołnierzy z tego okresu, tym bardziej że wyposażenie waargelders nie odbiegało raczej od tego u żołnierzy armii polowej. 

wtorek, 11 kwietnia 2017

Siedmiogrodzka inwazja na szwedzką ziemię


Wyprawa Zygmunta III do Szwecji w 1598 roku zakończyła się porażką i de facto przekreśliła sprawy jego korony szwedzkiej.  Mało kto jednak pamięta, że już po wycofaniu się króla do Polski, wciąż bronił się jego garnizon Kalmaru, który kapitulował dopiero w maju 1599 roku. Tam pierwsze skrzypce odgrywał Władysław (Laszlo) Bekiesz, który 15 grudnia 1598 roku przedarł się z oddziałami węgierskimi do twierdzy i zasilił niemieckich najemników tworzących garnizon. W liście pisanym do Jana Kwaśniewskiego, a datowanym na 2 stycznia 1599 roku, tak oto siedmiogrodzki szlachcic opisuje walki ze Szwedami wiernymi księciu Karolowi[1].
Najpierw doszło do starcia flot:
Miałem wiatr po sobie przez całą tę noc, chcąc jednak ich tam więcej strwożyć, równo ze świtaniem (…) ruszyłem się ku nim prosto w bębny, w trąby uderzywszy, chorągwie rozpuściwszy. Którzy mnie pierwej postrzegłszy nieco się przybliżyli na strzelanie z działa, a wskoro hajduki obaczyli i iżem też prosto ku nim płynął, zaraz na dwoje się rozdzieliwszy, gdzie który mógł, po morzu się rozpierzchnęli.
Przybycie odsieczy podniosło morale kalmarskiego garnizonu, gdzie ok. 100 Niemców broniło się już tylko w samym zamku. Lądujące oddziały Bekiesza napotkały opór oblegających:
Lichom jedno na brzeg wysiadł, zaraz aż w bramę miejską rajtarowie wpadli. Harc z nimi prawie dobry mieliśmy, ale bez szkód naszych.
Hajducy połączyli się następnie z piechotą niemiecką z Kalmaru, tam kwatery na wale i po basztach im dawszy, abym tym okolicznych poddanych i mieszczanom wiele serce za naszym przyjazdem przydać mógł.
Już trzy dni po wylądowaniu, energiczny Bekiesz poprowadził kontrataki z miasta, lud Karolusów z gęstemi wycieczkami wypędziłem i wszystko spalić rozkazałem. Tak też płoty, drzewa powyrąbywaszy, zarazem tak Niemców jak o i Węgrów do poprawieniu wału miejskiego obróciłem, którą robotę za dwa dni skończyli.
Siły oblegających zasilił sam książę Karol, nadciągając z rajtarami  i z piechotą, zajmując pozycje w folwarku królewskim nieopodal miasta. Jak to pisał siedmiogrodzki oficer: ale i stamtąd gęstymi harcami i kulami ognistymi wypędziłem ich, że teraz w pół mili obóz swój mają.
Przez cztery tygodnie takich potyczek Biekiesz miał ponieść bardzo małe straty. Bóg Wszechmogący nas bronił, że nie utraciłem, jedno Niemca jednego, którego nie wiem pewnie Szwedowi li w łeb cięli (którzy mało ręcznej broni mają) czyli hajducy, bo już prawie się zmierzchło, gdy harc ustał, a drugiego Wołoszyna nieszkodliwie w nogę postrzelono.
Nic więc dziwnego, że na początku stycznie pan Władysław był pełen optymizmu, to wojsko które jest, nic nam inszego uczynić nie może, jedno żywności broni, ale i żywności mamy po dostatku, tak że chociażby nam nic nie przybyło, do dalszego obmyślenia o nas Króla JM trwać możemy. Niestety Siedmiogrodzianin nie wiedział, że on i jego waleczni żołnierze stoją już na z góry straconych pozycjach…



[1] Oblężeniem Kalmaru dowodził Karl Carlsson Gyllenhielm, syn Karola z nieprawego łoża. 

wtorek, 4 kwietnia 2017

Każe je na pal wbijać


Kilka razy wspominałem o „małej wojnie” toczonej wokół Kamieńca po jego zdobyciu przez Turków. Z jednej strony polskie chorągwie blokujące (z lepszym lub gorszym skutkiem) Kamieniec, z drugiej zaś strony oddziały nowego ejaletu kamienieckiego – na czele z Lipkami i Czeremisami – atakowały konwoje z zaopatrzeniem, próbowały „urwać języka” i generalnie niepokoiły przeciwnika. Z czasem walki stawały się coraz to okrutniejsze, obydwie strony nie przebierały w środkach. Nader okrutny proceder obrońców opisał jeden z Polaków:
Halil Basza[1]daje po czerwonemu złotym za głowę polską, z kąd Czeremisowie wypadają, a napadłszy gdzie ludzi ścinają i na szabli głowę polską przyniósłszy, czerwony złoty odbierają, a Basza każe je na pal wbijać po rynku i ulicach. Dziwy robią ci złodzieje Lipkowie.
Można się tylko domyśleć, co stałoby się z owymi Czeremisami, gdyby wojskom polskim udało się zdobyć Kamieniec. Tak się jednak nie stało i miasto wróciło do Polski dopiero w 1699 roku, na mocy pokoju w Karłowicach.



[1] Dowódca tureckiego garnizonu. 

niedziela, 2 kwietnia 2017

Cała naprzód ku nowej przygodzie!


Wiosna idzie, nawet w Szkocji świeci słońce i od dwóch dni nie padało mi za oknem. Niestety utknąłem z choróbskiem w domu, więc mogę sobie co najwyżej podróżować z palcem po mapie. Niezawodny Rafał Szwelicki (serdecznie pozdrawiam!) podrzucił mi właśnie coś bardzo ciekawego w takim temacie. To baza danych zatytułowana American Journeys, zawierająca liczne zapiski z wypraw odkrywczych i zasiedlania Ameryki Północnej w okresie pomiędzy XI i XIX wiekiem. Od sagi Eryka Thorvaldssona, przez zapiski Kolumba, Cartiera, Drake’a aż po pana o świetnie brzmiącym nazwisku Jedediah Strong Smith. Lektura niezwykle interesująca, bazę danych można znaleźć na stronie Wisconsin Historical Society

wtorek, 28 marca 2017

Nowy konkurs na FB


Zapraszam na FBkowego fanpage'a, na którym zamieściłem właśnie nowy konkurs. Sponsorowany przez Wargamera, do wygrania niezwykle zacny zestaw husarii do OiM. Pytania banalne, czasu sporo, nic tylko brać udział...


niedziela, 26 marca 2017

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XII


Dawno nie było na blogu żadnych recenzji, zdarzyła się jednak dobra okazja by napisać kilka słów. Wydawnictwo Osprey opublikowało właśnie tom numer 510 z serii ‘Men-at-Arms’, zatytułowany Dutch Armies of the 80 Years’ War 1568-1648 (1). Infantry. Autorem tekstu jest Bouko de Groot, kolorowe plansze namalował tandem ojciec-syn Gerry i Sam Embleton. Jak sama nazwa wskazuje, w tomiku tym przyjrzymy się piechocie armii Zjednoczonych Prowincji, czeka nas jeszcze drugi tom gdzie do jednego wora zostały wrzucone jazda, artyleria i saperzy[1].
Najpierw zajmę się omówieniem struktury pracy, potem poświęcę kilka słów na omówienie kolorowych plansz, żeby na koniec zająć się uwagami ogólnymi.
Pierwszych kilka stron to wprowadzenie, omawiające przyczyny i początek rewolty w Niderlandach. Wszystko to zwieńczone dwustronicowym kalendarium i koszmarną mapą – o czym nieco więcej napiszę poniżej.
Trzy główne rozdziały mają z grubsza podobną strukturę. Autor podzielił wojnę na trzy okresy:
- wojnę domową 1568-87
- wojnę o niepodległość 1588-1620
- wojnę koalicyjną 1621-1648
Podrozdziały zajmują się kwestią organizacji, wyposażenia i taktyki piechoty Zjednoczonych Prowincji. Kolejny rozdział poświęca kilka stron na omówienie straży miejskiej, milicji, oddziałów wysłanych na pomoc sojusznikom (np. Szwecji), a wreszcie działaniom w Brazylii i Angoli.
Bardzo ciekawe jest zestawienie ze stron 41-42: możemy tam znaleźć wszystkie regimenty piechoty (krajowe jak i najemne), które służyły w armii ZP dłużej niż pięć lat. W przypadku każdej z tych jednostek mamy podanego dowódcę[2], okres w którym dowodził wraz z ewentualną informacją o śmierci na placu boju.
Kolorowe plansze to typowe dla Ospreya 8 kart:
- 6 z nich przedstawia żołnierzy, po 3 na każdej (3 wojaków z okresu wojny domowej, 6 z wojny o niepodległość, 6 z wojny koalicyjnej, 3 z kolonii)
- na pozostałych dwóch planszach znajdziemy łącznie 18 sztandarów, wszystkie zidentyfikowane i opisane jako należące do danej kompanii.
Opisy plansz z żołnierzami to dobre uzupełnienie tekstu z głównych rozdziałów, ukazujące podstawowe elementy składowe niderlandzkich kompanii piechoty. Bez wątpienia najciekawsze to verrejager czyli lekki piechur wyposażony w tyczkę (widzimy go na okładce książki). Ten element wyposażenia pozwalał o wiele łatwiej poruszać się po niderlandzkich polderach, rowach i innych jakże przyjemnych elementach terenu. Zaopatrzony dodatkowo w grot, w czasie rajdów i zasadzek „małej wojny” stanowił tak skuteczną broń, że miały go zaadoptować nawet niektóre jednostki hiszpańskie.
Rysunki duetu Embleton są miłe dla oka, według mnie o niebo lepsze niż szkarady z Ospreyów o armii cesarskiej.
W rozdziałach „głównych” p. de Groot opisuje jak zmieniała się organizacja i taktyka piechoty niderlandzkiej, prowadząc nas przez ewolucję która doprowadziła do powstania niderlandzkiej szkoły wojennej. Przy lekturze pomagają diagramy, ukazujące szyki piechoty; do tego typowe dla Ospreya fragmenty rycin z epoki i zdjęcia broni i ekwipunku. Wszystko to oczywiście ograniczone przez format pracy, stąd też niektóre opisy podane są dość skrótowo, jednak w spójny sposób. Udało mu się też przemycić kilka bardzo ciekawych i mniej znanych faktów, jak np. wzmiankę o kompanii szwajcarskiej kapitana Walsdorffera, która w 1622 roku miała odeprzeć jeden ze szturmów na Bergen op Zoom – wszyscy jej żołnierze mieli być w tym starciu wyposażeni w dwuręczne miecze. Tego typu wstawki zdecydowanie umilają lekturę.
W tej beczce całkiem smacznego miodu jest jednak i trochę dziegciu. Tak autor jak i redaktor przysnęli już na stronie 4, z której dowiadujemy się, że Karol V podzielił swoje państwo między swoich synów: Ferdynanda i Filipa. Problem jest oczywiście taki, że Ferdynand był jego bratem, a nie synem…
Wspomniałem wcześniej o koszmarnej mapie. Jak dla mnie jest to totalnie nieporozumienie. Każda bitwa wspomniana w kalendarium oznaczona jest numerem (od 01 do 125), a dodatkowo kwadratem na siatce która naniesiona jest na mapę (między A1-A5 a E1-E5). Do tego kilkadziesiąt miast opisanych jest na mapie za pomocą dwuliterowego skrótu. Sprawia to wszystko cholernie chaotyczne wrażenie i przyprawia o ból głowy. Co gorsza, autor ma irytującą manierę, że kiedy w tekście wspomina jakąś bitwę (najczęściej w nawiasie) to nie podaje jej daty rocznej – i szukaj tu teraz w tym z czapy wziętym kalendarium. 
Nie tyle może zarzut, co uwaga: w tekście nie ma w ogóle cytatów ze źródeł z epoki. A przecież aż się prosiło o kilka wzmianek z licznych zapisów które pozostawili po sobie uczestnicy walk. Nie wiem czy to po prostu kwestia ograniczonej objętości tomiku? Wydaje mi się, że gdyby niniejszą pozycję rozbić na dwa 48-stronnicowe tomy, autor mógłby ‘rozłożyć skrzydła’ i  rozwinąć nieco pewne wątki.
Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić  - zdecydowanie unikać]  to mimo wszystko trzeba mieć dla fanów armii ZP, ewentualnie można mieć jeżeli ktoś generalnie interesuje się XVII-wieczną wojskowością. Mimo pewnych błędów i niedociągnięć[3] jest to –oczywiście według mojej oceny – ciekawa pozycja, z którą warto się zapoznać.





[1] Jak ja nie lubię tego podziału…
[2] Niestety tylko z nazwiska, bez imienia czy chociażby inicjału.
[3] Oraz tej cholernej mapy!

sobota, 25 marca 2017

Wtem jakby się otworzyły bramy Piekła!


20 sierpnia 1648 roku armia francuska dowodzona przez Kondeusza pokonała pod Lens Hiszpanów arcyksięcia Leopolda Wilhelma. W starciu tym ważną rolę odegrała kawaleria z obydwu stron. Zachowało się kilka bardzo ciekawych źródeł opisujących bitwę, poniżej interesujący przykład potyczki kawalerii właśnie. Dobrze pokazuje różnice w taktyce i agresywności walczących stron.  Jak zanotował francuski uczestnik bitwy:
Książę Salm podjechał kłusem na czele pierwszej linii [złożonej z] Walonów i Lotaryńczyków przeciw pierwszej linii Kondeusza, która zbliżyła się  z wolna by stawić mu czoła. Dwie linie stanęły naprzeciw siebie, koń w konia, pistolet w pistolet i pozostały w takiej pozycji przez dłuższy czas, czekając która strona wystrzeli jako pierwsza [a] żadna ze stron się nie ugięła.
Nieprzyjaciel [tj. Hiszpanie] okazał się bardziej niecierpliwy i otworzył ogień: wtem jakby się otworzyły bramy Piekła! Wszyscy nasi oficerowie w pierwszych szeregach zginęli, zostali ranni lub utracili konie. Kondeusz dał sygnał byśmy otworzyli ogień, po czym, z uniesionym pałaszem [ruszył] na czele regimentu Gassiona[1], miażdżąc skwadron [hiszpański] stawiający im czoła. Jego [pozostałe] sześć skwadronów szybko poszło śladem,  gwałtownie atakując pierwszą linię wroga, tak że ta została [szybko] pokonana.  




[1] Regiment jazdy niemieckiej w służbie francuskiej. 

niedziela, 19 marca 2017

Shangri-La ukryte w polskich lasach


[fotka jak zwykle w przypadku tematów o chłopach zagrabiona z Facebookowej strony 'Projektu Chłop']
Wracamy do pamiętnika pana Jana Floriana Drobysza Tuszyńskiego, tym razem będziemy mu towarzyszyć na leżach zimowych z przełomu 1674 i 1675 roku. Chorągiew w której służył dostała kwatery w miejscowościach Supronów i Miedziaków[1], które określił jako potężne dwie wsi, w lasach między Winnicą i Chmielnikiem.  Opis owych miejsc jest bardzo ciekawy, miały one bowiem bez żadnego szwanku przetrwać poprzednie najazdy tatarskie, stanowiąc teraz idealne kwatery dla żołnierzy:
(…) gdzieśmy w dostatku zbóż, sian i wszelkich żywności tak wielką obfitość mieli, prawie nad wszystko wojsko. Ten zaś Supronów i Miziaków w tak się lasach zarąbali, że wały z drzewa porobili, ulice, przecznice, ryteraty[2]. Przez kilkadziesiąt lat tak to pozarastało, gdyby trzech chanów z takiemi wojskami jak ten jeden jest przyszło, toby ich tam nie dobyli. Lasy okrutnie na kilka mil wielkie, a w pośrodku lasów pola do siana powyrabiali; młyny, sadzawki, winnice, browary, pasieki, mają nadto sady kosztowne i wielkie, różnych rodzajów owoców znajdzie tam i tak chłop rok do roku z lasa może nie wychodzić, bo ma wielką obfitość wszystkiego do pożywienia. Nadto było owiec, bydeł stad niezliczona rzecz. Tam mają kosztownie pobudowane cerkwie, monastyry. Czasem orda zimuje w polach koło tych lasów, przez kilka niedziel kryjąc się po dołach, czatując na chłopów, ale im nigdy nic nie uczynią.





[1] Którego nazwę autor pamiętnika podaje jako Miziaków.
[2] Barykady, przeszkody. 

wtorek, 14 marca 2017

Węgrowie przysięgą to potwierdzali


W XVII-wiecznych armiach religia odgrywała niezwykle ważną rolę. Od haseł przed bitwą, przez zawołania bojowe, po wizerunki na sztandarach: towarzyszyła żołnierzom w niemal każdym aspekcie ich życia. Nic więc dziwnego, że zawsze wysoko ceniono sobie boskie wsparcie i błogosławieństwo przed bitwą. Podawałem już na blogu przykłady dobrych „wróżb” przed bitewnych, dzisiaj z takiej właśnie kategorii epizod który miał miejsce miesiąc przed bitwą pod Beresteczkiem. Tak oto opisał go Stanisław Oświęcim:
Nocy przeszłej różne nad obozem widziane były spectacula. Rotmistrz X. Kanclerzów i z piechotą na warcie będąc, widział w jednę stronę Króla, w obłokach na tronie złotym siedzącego; z jednę stronę onego anioł trzymał koronę, a z drugą stronę drugi anioł stał z mieczem nad głową jego. Opodal od tego widzieli znowu w obłoku błękitnym ogród zielony, barzo piękny, we środku którego napisane były wielkiemi złotemi literami te słowa: Salvator mundi, które Węgrowie z tej piechoty, po łacinie umiejący, że realiter czytali, przysięgą tego potwierdzali.

Cuda zaiste, cuda. Trochę strach się bać, jakim to trunkiem musiała się raczyć owa piechota stojąca na straży…

sobota, 11 marca 2017

Kozaccy mistrzowie małej wojny


Korzystając że w moje ręce wpadło dzisiaj najnowsze wydanie Pamiętników wojny moskiewskiej Reinholda Heidensteina (wielkie dzięki Michale!) pozwolę sobie coś z tego wynotować. Nasz kronikarz pozostawił oto piękny opisów Kozaków dońskich (aczkolwiek mogą to też być kozacy grodowi – nie jest to do końca jasne) którzy mieli u boku armii moskiewskiej bronić Pskowa przed wojskami Batorego:
Mieli oni swoim zwyczajem urywać rozproszone oddziałki i polować na zdobycz. Bez zbroi, tylko w szaty na słotę i zimno jako tako odziani, z szablą i spisą, po większej jednak części rusznic już używając, są oni jedyni do tego rodzaju wojny. Drobny oddziałek obskoczyć, urwać, przeprawę, okolicę, położenie nieprzyjaciele zbadać, rzeki w czółnach albo na kłodach przebywać, przez lasy wreszcie choćby najgęstsze i okolice bezdrożne się przedzierać – oto właściwy ich żywioł, a usposabia ich do tego lekkie uzbrojenie, wytrzymałość na trudy, głód i pragnienie, a osobliwie niesłychana w tym kierunku nabyta wprawa. Pod tym względem żadne inne wojsko z nimi się mierzyć nie może.

Zaiste rzadka to laurka wystawiona przeciwnikowi. Takie mistrzostwo „małej wojny” faktycznie wskazywałoby że chodzi o Dońców, którzy odznaczali się w tym podobną wprawą jak Zaporożcy. Co prawda spotkałem się z interpretacją, że mogą to być kozacy grodowi, w świetle powyższego opisu wydaje mi się to jednak mniej prawdopodobne. 

piątek, 10 marca 2017

Maurycy Saski ma pomysł - legio invicta!


Maurycy Saski miłością szczerą kochał starożytną armię rzymską, stawiając jej organizację za wzór cnót wszelakich. Nic więc dziwnego, że gdy spisywał swoje gorączkowe[1] Reveries… nie mogło tam zabraknąć odwołania do armii która podbiła ogromną część znanego świata. Oto fragment jego pomysłów dotyczących nowego typu regimentów i brygad:
Wedle mego systemu, piechota winna być podzielona na legiony, każdy składający się z czterech regimentów, z kolei każdy z nich składać się winien z czterech centurii; każdy regiment ma posiadać dodatkową pół-centurię lekkiej piechoty i pół-centurię jazdy.
(…) Centurie, zarówno piesze jak i konne, winny się składać z dziesięciu kompani, każda z nich zaś z piętnastu ludzi (…) W czasie pokoju kompanie te winny się składać jedynie z sierżanta, kaprala i pięciu weteranów; kiedy rozpoczynają się przygotowania do spodziewanej wojny,  które jeszcze jednak nie wybuchła, [do kompanii] należy dołączyć kolejnych pięciu ludzi a dziesięciu jeżeli winniśmy mieć pełen [wojenny] stan [liczbowy], zwiększając siłę legionu o 1600 [ludzi]. Pięciu weteranów na kompanię to nasza rezerwa z której możemy czerpać czasem oficerów i podoficerów, dzięki czemu unikniemy zaciągania takowych spośród ludzi których nigdy nie służyli w armii.
Organizacja centurii na stopie wojennej miała wyglądać następująco:
- centurion
- porucznik
- 4 podporuczników
- chorąży
- sierżant-szef[2]
- furier
- zbrojmistrz
- fajfer
- 3 doboszy
- 170 ludzi tworzących 10 kompanii (każda złożona z sierżanta, kaprala i 15 ludzi)
Łącznie centuria miała mieć 184 ludzi.
Pół-centurie lekkiej piechoty i jazdy miały mieć kompanie nie większe niż 10-osobowe (włącznie z sierżantem i kapralem), składać się miały bowiem z żołnierzy wybranych z regimentów.
Regiment składać się ma z czterech centurii, czyli łącznie 736 ludzi; pół-centurii lekkiej piechoty, która włącznie z oficerami i podoficerami ma mieć 70 ludzi; pół-centuria jazdy także 70 ludzi.
Sztab regimentu to:
- pułkownik
- podpułkownik
- major
- adiutanta
- tamburmajora
- chirurga
Łącznie regiment to 882 ludzi.
Z kolei legion miał się składać z:
- czterech regimentów
- generała legionu
- majora legionu
- 2 inżynierów/saperów
- kwatermistrza
- skarbnika
- kapelana
- sierżanta-szefa
- kotlarza
- chorążego
- mistrza taboru
- profosa
- marshal-mana[3]
- kata
- 10 cieśli
- 10 rzemieślników różnego rodzaju
- 20 sług zajmujących się 10 wozami
- 2 dział 2-funtowych
2 pontonów
Kolejne pomysły Maurycego wkrótce…



[1] Ha, żarcik, żarcik, wężykiem wężykiem!
[2] Sergeant-major, który chyba nie ma polskiego odpowiednika? Chodzi o najwyższego rangą podoficera regimentu.
[3] Co za licho? Ktoś od szykowania legionu na polu bitwy? 

środa, 8 marca 2017

A ten pan miał taki zwyczaj...


W pamiętniku Jana Floriana Drobysza Tuszyńskiego znalazłem zapis dotyczący dosyć unikalnej kary stosowanej przez jednego z oficerów polskich – ot idealne na krótki wpis. Gabriel Silnicki, rotmistrz własnej chorągwi pancernej a także porucznik chorągwi husarskiej Dymitra Wiśniowieckiego[1], jesienią 1674 roku miał poprowadzić podjazd wojsk koronnych pod Kamieniec. Nie zdziałano tam wiele, jak wspomina rozżalony Drobysz Tuszyński małośmy tam ci sprawili, oprócz kilkaset bydła zajęła czeladź, z którego mało co się dostało na chorągwie, starszyna [większość] zabrała. Pamiętnikarz postanowił więc chyba wbić szpilę dowódcy swojego podjazdu, bo dalej tak oto opisał jego zachowanie:
A ten pan Silnicki miał taki zwyczaj, kiedy pachołcy na bandoletach ognia krzesali do tytoniu, a że który z nich w tym nieostrożnie strzelił, to go kazał za nogi uwiązać u ogona końskiego i pomiędzy wojskiem włóczyć na wznak położywszy.
Nader ostra to kara, ale też pamiętać trzeba, że podjazd zawędrował na terytorium zajęte przez Turków i takie nieostrożne zachowania mogły łatwo zwrócić uwagę przeciwnika. Pan Jan Florian ma dużo takich ciekawostek, muszę chyba częściej coś z jego pamiętnika wynotowywać.



[1] W tym okresie hetmana polnego koronnego. 

poniedziałek, 6 marca 2017

Z zajadłością z jaką psy jelenia ścigają


Marzec zaczniemy od sceny żywcem wyjętej z horroru. Miejsce: Moskwa, czas: druga połowa stycznia 1606 roku. 18 stycznia doszło do próby zamachu na cara Dymitra Samozwańca, atak jednak udaremniono a śledztwo (przeprowadzone za pomocą tortur) wykazało, że nawet wśród moskiewskich strzelców ze straży carskiej znajdują się spiskowcy. Siedmiu prowodyrów uwięziono, po czym Dymitr zwołał wszystkich strzelców na apel na Kremlu. Wygłosił do nich długi apel, twierdząc że to on jest prawowitym i prawdziwym władcą, wyzywając spiskowców od nikczemników. Strzelcy mieli zapewniać go o swojej wierności, prosząc go o wyjawienie kto jest jego przeciwnikiem i kto czyha na jego życie. Kiedy nastrój wśród żołnierzy był już odpowiedni, sam car zszedł ze sceny a przed strzelcami postawiono siedmiu spiskowców. Zachował się nader obrazowy opis tej egzekucji (nie czytajcie przy jedzeniu…):

Stało się to w sposób tak straszliwy, iż nikt nie uwierzyłby temu opowiadaniu. Ponieważ cały ten tłum nie miał ani broni ani lasek, przeto rzuciwszy się na swe ofiary, rękami rozrywał je na drobne kawałki. Po tej walce, strzelcy tak dalece krwią byli zbroczeni, jakby w rzeźni woły zabijali. Byli pomiędzy nimi i tacy, którzy z zajadłością z jaką psy jelenia ścigają, zębami kawałki ciała wyrywali. Jeden z nich do tego stopnia posuwał swą zaciekłość, iż oderwał ucho jednej z ofiar i dopóty trzymał je w zębach, dopóki go zupełnie nie pogryzł. Lwy zgłodniałe nie srożyłyby się tak nad bezbronnymi jagniętami jak ci ludzie pastwili się nad swoimi bliźnimi. Po dopełnieniu tej okropnej egzekucji, zawołali:
- Oby, jak ci zdrajcy, poginęli wszyscy wrogowie Hosudara!


Dymitr zapewne nie przypuszczał, że już za kilka miesięcy i jego czeka śmierć z rąk tłumu…

poniedziałek, 27 lutego 2017

Nie tylko że porzucono...


Jesienią 1648 roku połączone armie kozacka i tatarska dotarły pod Lwów. Podczas gdy siły główne zajęły się obleganiem miasta[1], czambuły tatarskie rozlały się szeroko w okolicy, paląc i łupiąc. Kronikarz Senai pozostawił nam opis tego jakim sukcesem[2] okazała się ta kampania:

Po trzech czy czterech dniach takiej nieprzerwanej wojny, zameczki, wioski, kwitnące folwarki i wysokie domy [na wszystkie] cztery strony [od Lwowa] zostały zniszczone i spustoszone, a wśród pożogi ostał się tylko pozbawiony wszelkiej osłony zamek tamtejszy, bardzo trudny [do zdobycia] i silny. Wysoce dostojny i odznaczający się wzniosłością sułtan jegomość został przeto sam ze swoimi podwładnymi, aby oblegać wspomniany zamek, [pozostałemu] zaś wojsku pozwolił rozjechać się na [wszystkie] strony i w okolicę na czambuł.
Bej Szirinów pojechał w stronę rzeki Dniestru; Sułtan Geldi mirza, Tugaj bejów brat, pojechał w stronę Krakowa, Adil mirza zaś i Osman czelebi, którzy [także] objęli dowództwo, udali się znowu w inną stronę. Powracali oni potem z takimi niezliczonymi łupami, że nawet najnędzniejszy parobek tatarski nie miał sobie za nic wielkiego trzydziestu albo i czterdziestu ludzi jasyru. Jasyru i łupów było ponad wszelką miarę, toteż zostawiono sobie spośród dziewcząt [tylko piękne] jak hurysy, a z chłopców – tylko do paziów podobnych, resztę zaś, [nawet] bardzo dobrych, nie tylko że porzucono, ale nie było ani jednego [Tatara] który, obrzydziwszy ich sobie, nie zabijałby codziennie po dziesięciu albo i po piętnastu jeńców.

Straszliwy opis, ukazujący okrucieństwo tej wojny. Także smutny dowód słabości Korony, upokorzonej pod Korsuniem, Żółtymi Wodami i Piławcami, niezdolnej do obrony swojego terytorium.



[1] Którego mieszkańcy zapłacili w końcu wielki okup, przez co zwinięto oblężenie.
[2] Oczywiście z tatarskiego punktu widzenia.


niedziela, 26 lutego 2017

Jeszcze słychać dzwonka dźwięk, strażak Jan na miejsce mknie...


[Pomysł na niniejszy wpis dzięki doskonałej pracy Geoffreya Parkera Global Crisis. War, climate change and catastrophe in the seventeenth century.]
Na chwilę odejdziemy od kwestii wojskowych, chociaż pozostaniemy przy służbach mundurowych. Przedstawiam osobę zapewne słabo znaną w Polsce, chociaż to człowiek który miał ogromny wpływ na Europę (i nie tylko) od drugiej połowy XVII wieku. To holenderski malarz Jan van der Heyden (1637-1712), który ma ogromne zasługi na polu… pożarnictwa. Pan Jan, oprócz tego że był dobrym malarzem, był jeszcze wynalazcą. Na przełomie lat 60. i 70. XVII wieku opracował (wraz ze swoim bratem Nicolaesem), zbudował i wprowadził do produkcji nowy rodzaj pompy, którą  zainstalował na lekkim wozie strażackim. Jego wynalazkiem był też (od tej pory stosowany jako standardowy w Europie) nowoczesny 15-metrowy wąż strażacki. Pompa – której dokładną konstrukcję i działanie objęte były tajemnicą – pozwalała na pobieranie wody bezpośrednio z rzek i kanałów, długie węże zaś zwiększały mobilność strażaków i dały im szansę na lepsze zbliżenie się do źródła ognia. Na rysunku powyżej widzimy porównanie tej nowoczesnej pompy (po prawej) ze starym typem. 
Taki ‘pojazd pożarniczy’ z pompami okazał się ogromnym sukcesem. W samym Amsterdamie miasto zakupiło 70 sztuk – aczkolwiek tu mógł pomóc fakt, że od 1673 roku Jan i Nicolaes zostali mianowani szefami służby pożarniczej. Wypada jednak przyznać, że bracia brali swoją pracę na serio: zmodernizowali straż pożarną w mieście, dzieląc ją na lokalne sekcje które zajmowały się pożarami tylko w swojej okolicy. Wynalazek van der Heydena trafił także do innych krajów: Anglii, kilku państw w Niemczech, Rosji a nawet Japonii!
W 1690 roku mistrz Jan wydał książkę, w której zajął się kwestiami pożarów i ich zwalczania. Reklamował w niej oczywiście swoje wynalazki, opisują ich skuteczne działania w czasie różnych pożarów w Amsterdamie. Dla zainteresowanych, możną ją znaleźć tutaj. Niesamowity przykład
Co ciekawe, zachowały się też oryginalny wóz i pompa jego produkcji, pozwalam je sobie wrzucić poniżej (za Wiki Commons).



sobota, 25 lutego 2017

Maurycy Saski ma pomysł - jak walczyć w Polsce

Zgodnie z zapowiedzą z mojej strony na Facebooku, wracamy do Maurycego Saskiego i jego pomysłów dotyczących zabawy w wojnę. Znalazłem dość obszerny fragment mówiący o prowadzeniu walk w Polsce, wydaje mi się to bardzo interesujące. Książę - walcząc w szeregach saskiej armii swego ojca, niejakiego Augusta II [Maurycy był nieślubnym synem króla] - miał okazję walczyć z konfederatami tarnogrodzkimi, ale i ze Szwedami w czasie Wielkiej Wojny Północnej. Poniżej kilka stron z angielskiego tłumaczenia z roku 1759, czyli wydanego raptem dwa lata po francuskim oryginale. Za dużo tego, by chciało mi się bawić w tłumaczenie na język polski, ale tekst wydaje mi się relatywnie łatwy do zrozumienia, jak tylko człowiek w jaki sposób szkocki wydawca zapisywał literę 's'. Miłej lektury!